Postać w kimonie wyjęta wprost z japońskiej kreskówki, kwiatki z uśmiechniętymi buziami, samuraje i gejsze, czerwone tori unoszące się w powietrzu, niczym kosmiczny statek, sceny znane z twórczości Utagawa Kuniyoshi, Iwasy Mutabei i Hiroshige Do tego dużo różu i jeszcze więcej złota. Sztucznego oczywiście. To jest wizja Japonii według Takashi Murakamiego zaprezentowana podczas wystawy „Japanese Art History à la Takashi Murakami,” w galerii Gagosian w Londynie. Wizja, która przypomina bardziej turystyczny folder reklamowy niż Japonię, która doprowadziła Yukio Mishimę do rozdarcia swoich wnętrzności.

Takashi Murakami

Da Murakamiego sięganie po siedemnastowieczne drzeworyty i wykorzystanie ich jako „komiksowego” tła jest kolejnym krokiem na drodze poszukiwania nowych form, mających potencjał do zaspokojenia gustu mas. Jak na zamówienie pojawił się serial Shōgun, który zwrócił uwagę Zachodu na kulturę i zwyczaje czasów Edō, a Murakamiemu podsunął pomysł na dalsze skomercjalizowanie japońskiej kultury.

Murakami sięgnął po epickie arcydzieło Rakuchū-Rakugai-zu Byōbu autorstwa Iwasy Matabei będące kroniką życia miejskiego, rozciągającego się od zamku Nijō po ogromny posąg Buddy, znajdujący się w świątyni Hōkō i zmienił go w kilkupanelowy wydruk, na którym tradycyjne elementy ze wspomnianego dzieła mieszają się z infantylnymi postaciami z jego „kreskówek”. Efekt jego pracy można obejrzeć na wspomnianej wystawie w Gagosian.

Wystawa „Takashi Murakami:Japanese Art History à la Takashi Murakam”, Gagosian, Londyn. fot@wSztuce, 2025

Takashi Murakami jest niewygodnym do interpretowania artystą. Z jednej strony, przy odrobinie wysiłku, można zrobić z niego absolutnego mistrza sztuki współczesnej, który z precyzją wycina z bogatej kultury Japonii łatwo sprzedawalne elementy i tworzy z nich swoistego rodzaju komiks. Ładny, kolorowy i wyglądający znajomo. Z drugiej strony, jego przewidywalność, lokuje jego w kategorii twórców, mających swoich odbiorców wśród mas tęskniących za swojskim folklorem.

Takashi Murakami, fragment „Gion Sairei-zu”, 2024. Fot. @wSztuce 2025

Twórczość Murakamiego jest wypadkową tradycyjnego japońskiego malarstwa z jego charakterystyczną płaską perspektywą, referencji do kultowych japońskich kreskówek oraz amerykańskiego pop artu. Nie bez znaczenia jest w niej również obecność Mr DOB będącego alter ego samego artysty, który od 1993 roku pojawia się na większości jego prac. Murakami, niczym wielcy malarze, nie może oprzeć się pokusie uwiecznienia samego siebie. Jest też, co trzeba tu wyraźnie powiedzieć jednym z nielicznych, jak nie jedynym, współczesnym artystą, który napisał manifest i oficjalnie ogłosił powstanie w 2000 roku, nowego ruchu w sztuce o nazwie „Superflat”. Wybór tej nazwy nie jest przepadkiem. Jest głęboko przemyślaną decyzją, za którą idzie cała filozofia Murakamiego, który od początku swoją twórczość postrzegał w kategorii produktu na sprzedaż. Kierował go oczywiście na Zachód, do ludzi utożsamiających Japonię z anime i mangą. Do młodych ludzi uzależnionych od YouTube, Tiktoka i kreskówek, którzy napędzają współczesną machinę konsumpcji.

Takashi Murakami, fragment „Black Tortoise and Arhats”, 2024. Fot. @wSztuce 2025

Supeflat odwołuje się do płaskiej perspektywy malarstwa japońskiego, a także dodaje kwantyfikator „super”, tak uwielbiany przez popkulturę amerykańską, gdzie Superman i Superpower odmienia się przez wszystkie przypadki. W tym kontekście jednak, słowo to wydaje się być nie na miejscu, gdyż sam przymiotnik „płaski” jest już samą w sobie maksymalizacją. Nie może być, coś mniej lub bardziej płaskie. Zastosowanie tego kwantyfikatora wskazuje jednak, na „coś” więcej niż tylko na brak perspektywy. Jest oskarżeniem wytoczonym zarówno kulturze japońskiej jak i niszczonemu przez raka konsumeryzmu Zachodowi.

Takashi Murakami, fragment „Gion Sairei-zu”, 2024. Fot. @wSztuce 2025

Murakami jest też ofiarą tych, których oskarża. Jest ofiarą Japonii, która po przegranej wojnie, nadal nie mogąc odnaleźć swojej pełnej tożsamości, balansuje na krawędzi zamknięcia i otwarcia, sztuki i kiczu. Japonii, która po wprowadzeniu ponad pięćdziesięcioprocentowego podatku od spadku, skutecznie zapobiega tworzeniu się kultury kolekcjonowania wielkiej sztuki. Murakami jest też ofiarą zachodniego konsumpcjonizmu, którym rządzi prawo sprzedaży i zadowolenie mas.

Takashi Murakami, Fot. @wSztuce 2025

W swojej ojczyźnie, artysta oskarżany jest o kradzież kultury japońskiej i sprzedawanie jej Zachodowi. To mocne słowa, na które Murakami odpowiada: – „Tak, to prawda”. Nie tłumaczy się ani nie broni. Jest jak bohater kreskówki będący ponad wszystkim. Otwarcie przyznaje się też, że korzysta z narzędzi AI. Dla wielu artystów byłoby to równoznaczne z   wydaniem na siebie wyroku śmierci. Nie dla Murakamiego jednak. Paradoksalnie, jego prace, nic nie tracą na wartości, a największe galerie na świecie, takie jak choćby Gagosian nadal je wystawiają.  Murakami nazywa AI swoim „głupim przyjacielem”. I nie można się z tym nie zgodzić. Każdy, kto choć raz korzystał z chatu GPT wie o czym artysta mówi. Algorytm karmiony głupotą wypluwa kolejną głupotę, którą bezkrytyczny odbiorca bierze za prawdę – „moją twórczość kieruję do ludzi z przyszłości, którzy patrząc na moje prace będą mogli zobaczyć, jak wyglądała twórczość u progu AI, kiedy to narzędzie było dopiero w powijakach.”

Takashi Murakami, fragment „Blue Dragon Soars Through the Universe”, 2024. Fot. @wSztuce 2025

Takashi Murakami jest, jak sam podkreśla w wywiadach, uzależniony od kreskówek i YouTube, który stanowi dla niego ucieczkę od rzeczywistości.  – „W codzienności nie ma nic pięknego. Jest tylko depresja.” Stąd, być może, te jego hiperwesołe kwiatki z buziami skąpanymi we fluorescencyjnych kolorach, które w jakiś przedziwny i psychodeliczny sposób mają odczarować ponurą rzeczywistość. Każdego poranka po przyjściu do pracowni, artysta przez trzy godziny ogląda YouTube. W ten sposób, jak mówi, oczyszcza swój mózg. Głównie ogląda kreskówki, wiadomości polityczne oraz słucha muzyki. Nakarmiony tego rodzaju „pokarmem” przystępuje do pracy ze sztuczną inteligencją. W ten sposób powstają jego wielkoformatowe wydruki, na których przeszłość miesza się z teraźniejszością, a sztuka z kiczem. Są jak zapis nocnego koszmaru, z którego z ulgą budzi się człowiek nad ranem.

Takashi Murakami, fragment „Gion Sairei-zu”, 2024. Fot. @wSztuce 2025

Mówi, że jego ulubionym kierunkiem w sztuce jest sztuka minimalistyczna oraz ekspresjonizm abstrakcyjny, a wśród artystów Pollock i jeszcze Newman – „nie miałem jednak powodu, aby malować, tak jaki oni, bo to jest zachodni styl. Sięgnąłem więc po malarstwo japońskie, bo jest płaskie. W mojej głowie moje malarstwo wygląda jednak abstrakcyjnie”.

Takashi Murakami uważa, że w Japoni, od czasów drugiej wojny światowej zostanie artystą mangi jest najwyższą aspiracją dla „każdego, kto potrafi rysować”. Również i on marzył o tym, aby zostać artystą mangi i animatorem. Poległ na obu tych polach. Zrobił za to doktorat z tradycyjnego japońskiego stylu Nihonga na Tokyo University of the Arts oraz wyłom w japońskiej, a może nawet w światowej sztuce współczesnej. Przywdział pluszową czapkę w kształcie uśmiechniętego kwiatka i karmi ludzi pokarmem, do którego dorośli.

Takashi Murakami, fragment „Gion Sairei-zu”, 2024. Fot. @wSztuce 2025

Dzisiaj jego twórczość tworzy kulturę równoległą do mangi. Kulturę, która zaspakaja pragnienia estetyczne tych, dla których uśmiechnięta buzia przylepiona do kwiatka jest kwintesencją ich doznań artystycznych. Być może kluczem do zrozumienia twórczości Murakamiego jest osiągniecie pustki umysłu. Dla artysty bowiem, ten stan jest doskonały. Kiedy mózg ludzki pozbawiony wszystkiego, jest oczyszczony ze wszelkich obrazów i lingwistycznych referencji, staje się gotowy na przyjęcie nowej sztuki à la Takashi Murakami.

Japanese Art History à la Takashi Murakami, Galeria Gagosian, Grosvenor Hill, Londyn do 8 marca 2025

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj