Zdążyłem na końcówkę wystawy Jana Kucza w Galerii Browarna. Była ledwie fragmentem tego monumentalnego, minionego pokazu w Muzeum Sztuki w Łodzi, ale tamtego wydarzenia nie miałem okazji zobaczyć. Trasa Paryż – Warszawa – Łowicz, ożywiła teraz moje wspomnienie z 1988 roku, kiedy odwiedziłem, młodego malarza, Andrzeja Biernackiego, stojącego u progu swojej kariery. Napisałem wtedy dla tygodnika „Kultura” felieton „Notatki na marginesach”, będący refleksją o jego malarstwie. Między innym pisałem tak: „forma, znak – wszystkie te aspekty dobitnie dokumentują osobowość artysty, jego nieprzeciętny talent, własne nieskrępowane poszukiwanie twórcze. Ale warsztat i związane z nim poszukiwania wartości ekspresyjnych to jakby jeden, wycinkowy kadr twórczości malarskiej Andrzeja Biernackiego. Ważniejszy od umiejętności wyniesionych z pracowni akademickiej jest bodajże dar do tworzenia kreacji”.

Zapewne się nie pomyliłem w tym proroctwie, bo dalsza droga ucznia Jacka Sienickiego pokazała kolejne ścieżki jego bogactwa twórczego. Stał się w międzyczasie, także twórcą i animatorem tego miejsca, do którego właśnie podążałem. Galerii Browarna. Bo dziś nie tyle o samym Biernackim, ile o jego tworzywie galeryjnym chciałem wspomnieć.
Czytam w tekście profesora Andrzeja Szarka o Janie Kuczu, że „kłócił się z życiem, czasem z Bogiem – o wartości. Przemawiał sztuką. To była jego mównica. Był komentatorem rzeczywistości. Zawsze gdzieś w drugim albo i trzecim planie dzieła. Mawiał, że kiedy widzi siebie w lustrze, to jest prawie pewny, że Bóg ma poczucie humoru. Umieć się śmiać z samego siebie to wstęp do wyobraźni, do pojmowania istoty dobra. Tu zaczyna się proces analitycznego widzenia i pojmowania świata. Poczucia humoru, ciekawości świata, a nade wszystko uczciwości. To wszystko – obok umiejętności – to abecadło artysty i człowieka”.

Jan Kucz (1936-2021). Dzieła wystawione w Galerii to: —nasza demokracja, — błazen, — owoce cywilizacji, — portret Grażyny, — wędrowiec, — pocerowane jabłuszka.
Nasza Demokracja – Owoce Cywilizacji. Wystawa to dialog. Samego Biernackiego, bo dokończył wystawę w Łodzi, która została zdjęta przez muzeum, dość nagle przed terminem jej formalnego zakończenia i samego Kucza niejako post mortem do własnej wystawy z Kordegardy w 1977 roku, o której pisała Wiesława Wierzchowska w recenzji: Jana Kucza dwie opowieści o człowieku. Tamten tekst, wybitnej osobowości w polskiej krytyce artystycznej jest swoistą klamrą, spinającą kilka późniejszych zdarzeń w życiu tego artysty. Dodajmy postaci charyzmatycznej w sztuce polskiej. A spina praca dydaktyczna w Akademii, pokaz na Biennale w Wenecji, dzieła pomnikowe (te w przenośni i dosłownie).

Jan Kucz: „społeczeństwa nabrały rozpędu, by realizować odwieczne potrzeby posiadania. Mieć to być!? Daj Boże, by po okresie realizacji tych marzeń(…) człowiek był jeszcze zdolny do refleksji, miał potrzebę i umiejętność wartościowania, aby mu nie zabrakło wyobraźni i fantazji, aby głaz dosłowności nie odebrał mu szansy wzniesienia się na poziom, z którego wszystko widać inaczej”.


Wystawa Kucza jest jak zagubiona perła, gdzieś na polinezyjskiej plaży. Odnaleźć ją to dar.
A wszystko, włącznie z cytowanymi fragmentami, dzięki uprzejmości Andrzeja Biernackiego. Za oprowadzenie po wystawie dziękuję.












