Sztuka jest fizyczna. Nie tylko z powodu materiałów, które ją tworzą, ale z jej zdolności oddziaływania. Jej doświadczenie jest organoleptycznym procesem, wywołującym u widzów całe spektrum reakcji. Począwszy od zachwytu, poprzez znużenie i obojętność, aż do negacji i złości. Jest spotkaniem nieożywionej materii z żywym organizmem na poziomie, który znacznie wychodzi poza standardowe obcowanie człowieka z obiektem.  Twórczość Leonarda Drew, amerykańskiego artysty, jest niczym wulkan w fazie erupcji. Jego siła rażenia jest porażająca. Obraca w pył, zarówno samego siebie jak i dotychczasowe schematy, zmuszając widza do ponownego, bardziej intelektualnego wysiłku i wyjścia z bezpiecznego kokona własnych przekonań. Jeżeli istniałoby jedno wyrażenie, którym można opisać wszystkie prace Drew, to z pewnością byłaby nią eksplozja dialogiczna.

Leonardo Drew przed swoją pracą „Number 181”, 2016

Trwająca obecnie wystawa Leonarda Drew „Ubiquity II” w South London Gallery, to właściwie jedna monumentalna instalacja, która sterylną przestrzeń galeryjną zmieniła w scenę przypominającą wybuch gazu. Znad przeciwstawnych ścian, na których niczym huba, piętrzą się odłamki różnych materiałów: od drewna, poprzez szkło i metal, tworząc przy tym swoistego rodzaju piramidy, „słychać” nieuchwytną dla ludzkiego ucha konwersację. Te skumulowane od wewnętrznych napięć formy nie stanowią oderwanych od siebie indywidualnych światów, ale w jakiś przedziwny sposób są ze sobą połączone w nieustannie toczącym się dialogu, skłaniającym widza do refleksji nad rozkładem własnego ciała, upływem czasu i próbą przetrwania, pomimo poniesionych strat.

Leonardo Drew podczas pracy.

W tej niewidzialnej rozmowie mamy również aspekt fizyczny, cielesnym wręcz. Na posadzce są rozrzucone części przeróżnych materiałów, odłamki spadające z wiszących na ścianach narośli. Stąpanie po nich jest częścią doświadczenia będącego udziałem widzów. Nie można ich dotknąć dłonią ani przestawić. Można po nich tylko stąpać. To ograniczenie ruchowe jest celowe. Przywołuje chodzenie w miejscu po eksplozji. Odejście (dosłowne) od świata, który przestał istnieć i ruszenie w nieznane. Jest w tym miażdżeniu stopą, „zła” zapowiedź zwycięstwa, które choćby Rubens przywołał, malując węża zdeptanego przez Dziewicę.

Leonardo Drew, „Ubiquity II”, South London Gallery, Londyn. Fot.© wSztuce 2025

Odziaływanie „Ubiquity II” na widza jest ogromne. Nie tylko z powodu rozmiarów instalacji, ale też ilości użytych materiałów i sposobu w jakie wzajemnie się komunikują. W tej na pozór chaotycznej scenie nic nie jest przypadkowe. Każdy element jest na właściwym miejscu, tworząc z kolejnym, abstrakcyjną kompozycję. Pod tym względem Drew jest spadkobiercą jednego z największych amerykańskich malarzy – Pollocka. Kiedy siedemdziesiąt lat temu wylał on farbę na leżące płótno, nadając nieuchwytnej energii, namacalną wręcz formę, wyniósł Amerykę na szczyt sztuki abstrakcyjnej. Nadał nowe znaczenie takim słowom jak kompozycja, dialog czy energia. Od tamtego dnia, nic nie już takie same. Leonardo Drew na nowo wprowadza ruch do statycznych form, posługując się abstrakcyjną kompozycją scalającą jego instalację. Żaden element nie jest zbyt ciężki ani zbyt lekki. Każdy pełni rolę w mikrokosmosie nie mającym początku ani końca. Leonardo Drew świadomie inspiruje się twórczością Pollocka, którego prace po raz pierwszy zobaczył w jakiejś książce w lokalnej bibliotece. – „Dla mnie abstrakcja w swojej najwyższej i najdoskonalszej formie to Pollock” – mówi. Tam, gdzie Pollock rozpryskiwał farbę, Drew rozrzuca rozdrobnione kawałki drewna. Jego trójwymiarowe instalacje można również postrzegać jako obrazy. Każdy z użytych elementów, zanim został „złamany” został pomalowany. Jego instalacja jest więc swoistego rodzaju, gigantycznym, trójwymiarowym obrazem. Porozrzucane odłamki materiałów wyglądają jak okaleczony Amerykański Sen, który właśnie rozpadł się w drobny mak, a dzisiejsza Ameryka zdaje się być cieniem samej siebie.

-„Nigdy nie mówię, co widz powinien czuć patrząc na moje prace – mówi Leonardo. Gdybym to robił, byłoby to jak kradzież ich „specjalnego momentu”, który jest kluczowym w obcowaniu ze sztuką”.

Fragment wystawy „Leonardo Drew: Ubiquity II” w South London Gallery, Londyn. Fot. © wSztuce 2025

Artysta wprowadza więc widza w świat sztuki, nie dając mu żadnych nawigacyjnych wskazówek. Jego celem jest pozwolenie mu być, sam na sam z dziełem sztuki. Oddychać tym samym powietrzem, które go otacza, być w jego cieniu, czuć zapach materiałów, z jakich jest zbudowane. Być w wewnętrznej samotni, w którym każdy dźwięk i każdy obraz wibruje niczym w metalowej komorze.

„- Nie jest istotne z jakimi materiałami pracujesz. Raz jak znajdziesz swój głos. Ten głos znajdzie drogę do każdego materiału” – mówi Drew. Materiał pełni więc drugoplanową rolę w procesie twórczym artysty. Jest on raczej etapem niż końcowym produktem. Jest materiałem tworzonym z innych materiałów. Drew nie pracuje z gotowymi produktami uważając to za „oszukiwanie”. Potrzebuje przejść przez cały proces twórczy. Etap po etapie. Ten fizyczny aspekt pracy nad nową rzeźbą jest kluczowy i nie może zostać pominięty poprzez wybranie „drogi na skróty”. Zarówno jego instalacje jak i trójwymiarowe obrazy są zapiskiem cyklu życia, od narodzin, poprzez transformację, złamanie, śmierć aż po nową formę. – „Rysuję w przestrzeni” – mówi, wierząc, że rzeźba może być obrazem, a rysunek instalacją. To porównanie nie bierze się znikąd. Leonardo Drew zanim zaczął robić trójwymiarowe formy był rysownikiem. Teraz jego prace nie są oprawione w drewniane ramy, ale otaczającą je przestrzeń, która wyznacza granicę wirtualnego płótna, domykając tym samym, całą kompozycję.

Fragment wystawy „Leonardo Drew: Ubiquity II” w South London Gallery, Londyn. Fot.© wSztuce 2025

Kolory w jego pracach pojawiły się po wizycie artysty w Chinach, gdzie pracował z porcelaną i perskimi dywanami. To tam nauczył się, co oznacza balans między barwami. Mimo to szarość nadal dominuje w jego twórczości. Uchwycona na chwilę zanim przemieni się czerń, w której jest już tylko nicość. Coraz częściej Drew sięga także po lustra, dzięki którym twarz każdego widza staję się na ułamek sekundy, nieuchwytną częścią jego prac.

Leonardo Drew wychował się na osiedlu domów komunalnych w Bridgeport, Connecticut. Już w wieku ośmiu lat uczęszczał do ABCD Cultural Arts Centre, gdzie otrzymał darmowe materiały do malowania i rysowania. W wieku 13 lat już wystawiał swoje prace. Rysował i był w tym dobry. I to na tyle dobry, że zainteresowały się nim dwa komiksy DC oraz Marvel otwierając przed nim drzwi do kariery. Jednak w wieku 15 lat zobaczył czarno-białe reprodukcje Pollocka i w tej jednej chwili, cały jego świat obrócił się w pył.  Leonardo wiedział, że nadszedł czas, aby zostawić ołówek i zacząć wszystko od nowa. Spotkanie z ikoną abstrakcji było jak spotkanie z buldożerem, który przejechał po nim z całą swoją mocą, a następnie zostawiał go samego na gruzach własnego świata. Tym samym jednak utorował mu drogę do czegoś większego niż rysowanie komiksów na zlecenie. Drew przestał rysować i zaczął pracować z organicznym materiałem, takim jak kości i skóry martwych zwierząt. Ta specyficzna materia niosąca w sobie dwie przeciwstawne siły: życie i śmierć nadały ton wszystkim jego późniejszym pracom.

Leonardo Drew, „Number 8”, 1988.

Jego przełomowe dzieło „Number 8” (1988), które jak sam określa jest „matką”, wszystkich pozostałych. Obraz ten, złożony jest z mnóstwa przedmiotów niejako uwięzionych w gęstej plątaninie czarnych lin – symbolizujących śmierć. Mamy na nim również kawałki drewna, skrzydła ptaków, czaszki, zwierzęce skóry. Kompozycja ta bez wątpienia jest emocjonalnie ciężka, pozbawiona oddechu zassanego przez destrukcję i nicość. Pozostawia w widzach poczucie wijącego się wewnątrz ciała rozkładu, nieuchronnego procesu, który został uchwycony w chwilowym zastoju, ale który za chwilę zacznie rozpadać się dalej. Od tego czasu, mimo że artysta zmienił materiały, język wszechobecnej destrukcji i opuszczenia pozostał niezmienny i widoczny jest w wielu jego późniejszych pracach włącznie z Ubiquity II.

Leonardo Drew w swojej pracowni. © Christopher Garcia Valle

Leonardo Drew jest jednym z nielicznych czarnoskórych artystów potrafiących w swojej twórczości odnieść się do segregacji rasowej nie czyniąc jednocześnie żadnego oskarżenia ani nie wykluczać żadnej grupy społecznej. Jego przekaz jest uniwersalny i może być odczytany równie mocno zarówno przez czarnych jak i białych odbiorców.

– Historia moich ludzi, jest nie tylko historią czarnych ludzi, ale jest historią nas wszystkich – mówi.

Drew często opisuje moment z 1992 roku, kiedy to pchał dużą belę bawełny przez 30 ulic Manhattanu do studia swojego nauczyciela, Jacka Whittena. Prosta i wydawałoby się bez całkowitego znaczenia czynność, w sekundę stała się politycznym performensem. Skojarzenie młodego czarnoskórego mężczyzny, zmagającego się z ciężarem ogromnej beli bawełny, z historią niewolnictwa w południowych stanach Ameryki było wręcz automatyczne. Chwilę później miała miejsce jego przełomowa wystawa indywidualna, w nowojorskiej galerii Thread Waxing Space. Jej centralnym punktem były właśnie instalacje z bawełny, a w szczególności „Number 25” – monumentalna siatka utworzona z bel surowej bawełny. Jej ogromna waga i dotykowa konsystencja zachęcały do interakcji – zwiedzający dotykali i „szarpali” bawełnę, co było spontanicznym odzwierciedleniem burzliwej historii amerykańskich plantacji.

Leonardo Drew, „Untitled #25”, 1992

W tym okresie, wybór bawełny jako wiodącego materiału nie był podyktowany jego strukturą, ale jego historyczno – emocjonalnymi konotacjami. Jest ona bowiem niemym świadkiem historii Ameryki, nieodłącznie związanej z segregacją społeczną i ponadnormatywną pracą.  Bawełna, obok drewna, metalu, papieru, gipsu i malowanego piasku, nadal pozostaje jednym z ulubionych materiałów Drew.

Historia segregacji na tle rasowym nie jest zamkniętym okresem, a raczej trwającym procesem, który przyjmuje nowe, bardziej wysublimowane formy. Wiele z prac Leonardo Drew odczytywanych jest jako polityczne manifesty, mimo iż artysta nie odnosi się do polityki wprost. Używa zamiast tego specyficznych materiałów mających wyraźne związki ze społecznymi ruchami, niesprawiedliwością i historią Ameryki. – “Nie muszę w moich pracach umieścić czarnoskórej postaci, aby sprawić, aby dotyczyła ona doświadczenia czarnoskórych osób” – podkreśla. Stąd też w jego pracach, oprócz wspomnianej już bawełny pojawia się rdza – kojarzona z opuszczeniem i ruinami przemysłowymi oraz zwęglone drewno nawiązujące do zniszczenia i traumy, której doświadczyło i doświadcza wiele osób pochodzących z klas robotniczych.

Fragment wystawy „Leonardo Drew: Ubiquity II” w South London Gallery, Londyn. Fot.© wSztuce 2025

Drew nadaje swoim pracom, w mniej lub bardziej świadomy sposób, charakter polityczny, tworząc wizualne analogie do wielowiekowej przemocy na tle rasowym, zaniedbań gospodarczych i walki o przetrwanie kulturowe. Nie są to jednak doświadczenia, które są udziałem czarnoskórych osób. W każdym kraju znajdują się osoby, które mogą się zidentyfikować z tego typu traumatycznymi wydarzeniami.

Leonardo Drew bez wątpienia tworzy na naszych oczach historię sztuki. Robi to jednak nie poprzez atakowanie zachodniego kanonu, jak ma to miejsce w przypadku Mickalene Thomas, która za cel honoru postanowiła zostać nowym Manetem, ale budując swoją własną twórczość, która jest zarówno personalna jak i kolektywna.

Leonardo Drew, Ubiquity II, South London Gallery, wystawa czynna do 7 września 2025.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj