Czy orientacja seksualna artysty ma aż tak wielkie znaczenie przy odbiorze jego twórczości, że trzeba z tego czynić, niemal oddzielny rodzaj sztuki, którą następnie należy pokazywać w specjalnie utworzonych do tego przestrzeniach? To pytanie nasuwa się mi automatycznie na myśl, kiedy czytam, że otworzyła się w Londynie nowa galeria o nazwie SLQS, której zadaniem jest promowanie artystów Queer i kobiet-artystek. Postanowiłam zatem, udać się tam osobiście, aby na własne oczy przekonać się, dlaczego to miejsce jest lub nie jest ważne, na i tak nabrzmiałej od galerii artystycznej mapie Londynu.

Galeria znajduje się w Shoreditch, przy zapyziałej ulicy, która przypomina bardziej zaniedbane zaułki pakistańskiego osiedla niż stolicę Wielkiej Brytanii. Niełatwo ją znaleźć, gdyż nie ma żadnego szyldu ani nawet strzałki, kierującej do niej. Najwidoczniej założono, że jeśli komuś zależy, aby do niej trafić, to sobie sam poradzi. Nie trzeba mu w tym specjalnie pomagać.
Na drzwiach jednego z budynków, który swoją brzydotą niewiele się wyróżnia z otoczenia, wisi przyczepiona kartka A4 z wydrukowanym po środku napisem SLQS Gallery. Drzwi są zamknięte, więc naciskam domofon mając nadzieję, że po wczorajszym wieczornym wernisażu, dzisiaj udało się komuś przyjść do pracy. Po chwili milczenia, odzywa się miły kobiecy głos zapraszając mnie do środka. Galeria znajduje się na ostatnim piętrze, na które prowadzą charakterystyczne dla Londynu, wąskie schody. Lekko zdyszana docieram na górę i ku mojemu zdziwieniu, wita mnie w progu, sama właścicielka galerii Sarah Le Quang Sang. Zamieniamy kilka słów, po czym zostawia mnie samą, abym mogła spokojnie obejrzeć, trwającą tam mikro wystawę, zatytułowaną „Felt, expressed, chosen”.

Galeria prezentuje prace Ingrid Berthon-Moine, Dyany Gravina, Mii Wilkinson, Kate Williams oraz Polly Penrose i podobnie jak trwająca obecnie w Southbank Centre ekspozycja prac Mickalene Thomas, odwołuje się do tej samej książki bell hooks – „All About Love: New Visions”. W komunikacie prasowym galerii czytam, że: „w świecie stojącym w obliczu odrodzenia skrajnie prawicowych ideologii i gwałtownym wzrostem „manosfery”, ciężko wywalczone prawa kobiet i społeczności queer stoją w obliczu zagrożenia. W tym regresywnym momencie, wystawa ta oferuje medytacje na temat miłości i pożądania, które podważają uprzedzenia i poszerzają perspektywy.”
Taki wstęp mnie szokuje. Zwłaszcza jeśli czytam go w miejscu poświęconym społeczności queer, w jednym z najbardziej liberalnych miast na świecie, w którym mniejszości seksualne cieszą się wszystkimi możliwymi prawami i przywilejami. Nie mogę jednak tego tekstu traktować inaczej jak tylko czysty chwyt marketingowy. Gdyby rzeczywiście prawa społeczności LGBT były zagrożone, nie byłoby tego miejsca. Tak samo z pseudo „manosferą”, której jakoś nie przeszkadza fakt, że właścielką galerii jest kobieta.

Na wspomnianej wystawie zajmującej powierzchnię jednego małego pokoju na poddaszu mamy sześć prac: fotograficzne kolaże ukazujące intymną relację matka – córka, akwarele poruszające temat identyfikacji płciowej i jej behawioralnych konsekwencji w społeczeństwie, pikowaną kołdrę, za pomocą której artystka kieruje naszą uwagę na poszukiwanie przyjemności wewnątrz siebie, miękką rzeźbę wykonaną z rajstop, która opowiada nam intymne historie kobiet oraz malarstwo figuratywne koncentrujące się na codziennych, domowych scenach, widzianych z perspektywy kobiety.
Moją uwagę przyciągają dwie artystki: Dyana Gravina oraz Mia Wilkinson. Jestem pod wrażeniem w jaki sposób Gravina pracuje z materiałem, którym w jej przypadku są rajstopy. Widzę w niej referencje do Sarah Lucas, ale jest w jej twórczości coś innego, co sprawia, że jest samodzielną artystką, a nie echem sławnej Brytyjki. Sama artystka wybór tego tworzywa argumentuje w ten sposób „Codziennie patrząc na podarte rajstopy mojej matki, byłam świadkiem jej poświęcenia i buntu”.

Gravina podkreśla także, że użycie rajstop symbolizuje jej wewnętrzną i zewnętrzną podróż, podczas której stopniowo odsłania prawdę o sobie i swoich ranach. Jednocześnie podkreśla, że mimo elementu autobiograficznego, jej twórczość jest uniwersalna, a prowadzona przez nią narracja może stać się udziałem wielu osób, niekoniecznie pochodzących z podobnego co ona, środowiska społecznego. Zdolność rajstop do rozdarcia, transformacji, a także całkowitej naprawy, mimo zadanych im „ran” jest w opinii artystki, symbolem jej życia jako osoby queer, jako imigrantki z południowych Włoch oraz jako matki z niższej klasy społecznej, żyjącej i działającej na rzecz zmian w Wielkiej Brytanii. „- używam rajstop jako materiału, poprzez który opowiadam historie kobiet, ludzi z klasy robotniczej oraz pokrzywdzonych środowisk społeczno-politycznych. Za ich pomocą tworzę performance, instalacje oraz obrazy. Łączę pokolenia, niweluję podział na „dom” i „pracę”, produkcję i re-produkcję.” – mówi Gravina.
Równie silną w przekazie jest twórczość Mii Wilkinson pracującej w bardzo wymagającym rodzaju sztuki jakim jest malarstwo figuratywne, po które sięgają obecnie już tylko wyjątkowo utalentowani i wizjonerscy malarze. Reszta, nadal małpuje abstrakcje, wmawiając sobie, że jest Pollockiem.
Mia maluje sceny z życia domowego, widziane z kobiecej perspektywy. Są one nasiąknięte brytyjskim humorem i dystansem, przybierającym formę, celowej groteski. Artystka kwestionuje, czasem do granic absurdu, postrzeganie kobiet i tego, co oznacza współczesna kobiecość.

Jak sama mówi jej malarstwo jest intuicyjne, rubaszne i rabelaisowskie. Używa groteskowego, humorystycznego i sprośnego języka wizualnego, poprzez który porusza bardzo subtelne i delikatne tematy związane z pozycją kobiet w środowisku domowym. To właśnie to miejsce, a nie praca, jest świadkiem dyskryminowania i przemocy stosowanej wobec nich. Wybór tak radykalnej formy przekazu, z jednej strony jest wynikiem wzrastania w matriarchalnej rodzinie, z drugiej buforem bezpieczeństwa, który pozwala na odczytanie bolesnego przekazu nie rozdrapując od razu czyiś ran. Mia jest szczególnie zainteresowana tematem nieodpłatnej pracy kobiet w ramach neoliberalizmu. – „lubię zamieniać kobiety w zwierzęta i odwrotnie, aby zwrócić uwagę na pojęcie kobiet jako „żywego inwentarza” – mówi. Na jej obrazach kobiety prasują koty, jedzą chipsy w wannie i rozmawiają przez telefon, siedząc jednocześnie na sedesie. Mają czerwone paznokcie i purpurowe usta. Z pozoru, są pewne siebie i swojego ciała, ale tak naprawdę delikatne i podatne na zranienia, które następnie skrywają pod kolejną warstwą makijażu.

Kończąc oglądanie wystawy kieruję się w stronę wyjścia, gdzie zamieniam kilka słów z właścicielką galerii. Rozmawiamy o Gravinie i Wilkinson. W pewnym momencie Le Quang Sang słysząc w moim głosie zainteresowanie twórczością Mii, wyciąga zza ściany jej obraz i pokazując mi go, mówi – dopiero skończyła go malować. Nie zdążyliśmy jeszcze powiesić.
Pomimo rosnącej liczby doniesień prasowych na temat kobiet i artystów queer w ostatnich latach, Le Quang Sang uważa, że obie grupy są nadal „niedostatecznie reprezentowane i niedoceniane” w społeczeństwie i na rynku sztuki, stąd zrodził się u niej pomysł założenia tej galerii. Nie do końca się z nią zgadzam, ale cieszę się, że są takie miejsca, które pokazują świetne prace, współczesnych artystów. A to, czy są oni osobami transpłciowymi, queer czy kobietami, nie ma dla mnie większego znaczenia. Liczy się dobra sztuka. Ona zawsze się obroni.












