Grzegorz L. Piotrowski. Malarz. Miałem zacząć inaczej, ale obawiałem się, że wpadnę w pułapkę niejednoznaczności. Chodzi o to, że zwykle mówi się, czy pisze o malarstwie, chcąc uniknąć niepewności, wyminąć obszary o możliwym zagrożeniu i niewygodnym pytaniu, dokąd wiedzie ta sztuka. U Grzegorza Piotrowskiego wszystko jest na odwrót. Nie poddaje się żadnej definicji. Jest jak ptak. Niesie go wolność. A ona wymyka się kategoryzacji. W sztuce to rzecz normalna, bardzo częsta. W tym przypadku, tego akurat nie ma.

Być może łatwiej sztukę Grzegorza L. Piotrowskiego opisać cytatem. Pochodzi od Wiesława Juszczaka. Jego bogata i niezwykle głęboka literatura o malarza i dziejach sztuki, posiada zasoby nie do wyczerpania. Pisane były na inny użytek. Ale jedno zapożyczenie jest dla mnie trafne i właściwe, bo oddaje sens tej twórczości. Juszczak pisze: „…artysta nie jest wolny. Bywa mamiony wolnością, gdy stawia pierwsze kroki na drodze swego powołania. Ale gdy naprawdę głos tego powołania zrozumie, jest już spętany i nie ma odwrotu”.
Być może Piotrowski utonął w czeluściach własnego powołania.

Piotrowski maluje pejzaże. Ściślej jeden krajobraz. Ten znak, nie był do niego przypisany od początku, kiedy ledwo opuścił szkołę i stał się malarzem. Jego późniejsza ścieżka artystycznego życia, została utkana z różnych zdarzeń malarskich, ale to właśnie pejzaż stał się jego żywiołem. W Galerii Browarna w Łowiczu pojawił się z takim przesłaniem. Nazwał je „Parezją”.

A zatem Piotrowski wyraża prawdę. Wedle tej definicji. I ma odwagę o tym mówić.
Kurator wystawy Andrzej Biernacki podkreślił prawdę w obrazach Piotrowskiego, mówiąc podczas wernisażu o tym, że sporo artystów w Polsce stało się modnych z powodu publicystyki, jaką uprawiają w swojej twórczości. Ma ona charakter historyczny lub aktualny, odnosi się do wielu spraw, często politycznych, przez to ten komentarz wygrywa z samą sztuką, jej autentyczną wartością i umiejętnościami twórcy. Dla Biernackiego, jakość sztuki Piotrowskiego jest nadrzędna. Dokumentuje prawdę ukrytą w warstwie malarskiej. Prawdę oczywistą, bo akurat chodzi o naturę.

Opinia kuratora o Piotrowskim zdecydowała o kształcie wystawy. Znalazły się na niej oprócz obrazów także książki. To rodzaj zapisów malarskich, także na płótnie, ale spiętych ze sobą w formie kart. Piotrowski użył w tym przypadku różnych technik, często warstwowo jak w collage. Naklejał na siebie kawałki płótna, papier, drewno, fotografie. Stały się przez to intymną formą jego opowieści o naturze. W którymś momencie zaniechał kontynuowania tego procesu. Książki zawędrowały na strych. Teraz je odnalazł. W międzyczasie obrosły kurzem, kartki zaczęły się rozpadać. Klej puścił. Powstały całkiem nowe formy, ciekawe z punktu widzenia upływającego czasu. Piotrowski często podkreśla w komentarzach do swoich prac: „czas”. To też forma wypowiedzi, bo buduje całość. Komentarz do parezji.

To, co wyróżnia jego twórczość, to umiejętne wykorzystanie abstrakcji. Artysta stwierdza: „Próbuję uchwycić czystą, geometryczną ekspresję emocji. W mojej twórczości ekspresja zarówno formy, jak i koloru stanowi sedno całej kompozycji”.
Istnieje pogląd, że malarstwo abstrakcyjne może być przedstawiające. To oczywiście zabieg na użytek opisu, często stosowany w popularnych dyskusjach o malowaniu. Abstrakcja jako gatunek nie może być przedstawiająca, ale w dzisiejszych czasach zatarły się definicje i rudymentarne kwestie.
U Piotrowskiego krajobraz nie jest neutralny. Jest zdecydowanie subiektywny.

Jego pejzaże są punktem wyjścia dla poszukiwań malarskich: nie chodzi tu o wierne odwzorowanie natury, ale o „ponowne odkrycie” pejzażu poprzez formę, kolor i znak.
Tradycyjnie pejzaż oznacza przedstawienie fragmentu widzialnego świata: doliny, nieba, morza. Jednak w XIX wieku, głównie za sprawą Turnera, choć nie tylko, pejzaż stał się doświadczeniem zmysłowym i wewnętrznym. Nie maluje się zatem „tego, co się widzi”, ale „to, co się postrzega, widząc”. Ta definicja pejzażu stała się częścią składową twórczości Piotrowskiego.
Artysta przedłożył światło, ruch i wibracje, w takie elementy, które nie sprowadzają się do dokładnego kształtu pola, drzewa czy góry. I w tym przypadku, kiedy mówimy o pejzażu abstrakcyjnym, nie zaprzeczamy istnieniu pejzażu. Przenosimy jego środek ciężkości z tego, co widzialne, do tego, co wrażliwe. I to jest parezja Piotrowskiego.

Dla Piotrowskiego abstrakcja, jeśli trzymamy się tego pojęcia, jest pewnym uproszczeniem, selekcją. Zachowuje to, co w krajobrazie jest istotne: strukturę, bo mamy horyzont, pionowe linie, rytm światła, energię, bo widzimy ruch i wreszcie atmosferę z otaczającą ciszą, czy wręcz melancholię.
Innymi słowy, Piotrowski destyluje krajobraz, nie kopiuje go, ale wydobywa z niego emocjonalną i formalną istotę. Często powołuje się na innych malarzy krajobrazu z czasów polskiego Modernizmu. Mówi o nich z szacunkiem. Widzi ich twórczość jako pewnego rodzaju kontynuację. Może dlatego, że jego krajobraz może przywoływać na myśl równinę, wiatr lub drzewa, nie przedstawiając ich dosłownie. A ich obrazy to przedstawiają.

Piotrowski mówi: „Maluję to, co widzę wychodząc z pracowni, bezkres nieba i horyzont lenieckich wzgórz. Wielki kadr świata mojej codzienności. Pochłania mnie całego. Czuję się jego częścią. Zdawać by się mogło, że to nudny motyw. Dla mnie jest jednak pasjonującym widowiskiem trwającym całą dobę. Czasami w ciągu zaledwie paru chwil zmienia się cały obraz. Ogromną rolę odgrywa tu światło, ono wpływa na kształty i ich kolory. Wzrok błądzi raz dalej raz bliżej. Nie zawsze skupia się na jednym punkcie. Obejmuje całość lub tylko wybrany fragment, koncentrując się na liściu, kropli rosy, kamyku”.

I dalej, można znaleźć w jego refleksjach: „Wypowiadam się w zależności od miejsca, w którym się znajduję, czasami mój przekaz jest dramatyczny, innym razem subtelny, wręcz liryczny. Różnorodność spojrzeń ma swoje odzwierciedlenie także w rozmaitości technik, którymi się posługuję: rysunek, malarstwo, grafika są moim językiem. Lubię unaoczniać – delikatną, cienką, kruchą – granicę relacji. Chcę w ten sposób przypomnieć, jak łatwo kogoś zgubić, pominąć sprawić, aby stał się niewidoczny. Podkreślam, że w obliczu słabości, choroby, czyjejś śmierci, uświadamiamy sobie własną śmiertelność”.

Zofia Weiss tak opisała Piotrowskiego: Taki Czas, taki jest mój Czas – tymi niezwykle skromnymi słowami Grzegorz L. Piotrowski określa swoje obrazy. Swój Czas w tych samych okolicach Kalwarii Zebrzydowskiej miał Wojciech Weiss, pejzaż kalwaryjski był dla niego tym cudownym zjawiskiem, do którego powracał każdego roku, aż po czas wojny, aż po czas swojej śmierci. Tu w tym pejzażu – jak we wspomnieniach napisała jego żona Aneri – „Przez łąki majowe szliśmy do Zebrzydowic, do kościoła wziąć ślub. Był maj. Bukiety ślubne niosły drzewa i krzewy. Gwiazdy na łąkach rozsypały mlecze tak, jak na niebie, na mlecznej drodze”.
I Piotrowski jej odpowiada: „Cykl „Okolica” Weissa to mój powrót do przeszłości. Dosłownie. Do moich pierwszych kroków malarskich, ale także do tradycji młodopolskich krajobrazów. Motywem moich ostatnich prac plenerowych jest okolica Kalwarii Zebrzydowskiej. Inspirują mnie kadry podobne do tych, na które od 1904 roku patrzył i malował Wojciech Weiss. Interesuje mnie pejzaż nastrojowy. Zastanawiam się nad wyrażeniem stanu ducha i przeżycia wewnętrznego przyrody. Staram się być blisko przyrody, reaguję na jej zmienność i podpowiedzi. Realizując ten cykl malarski świadomie zdecydowałem się na tradycyjną pracę w plenerze. To działanie otwiera mnie jeszcze bardziej na okolicę i przyrodę”.

Odnajdujemy u niego wszystko co ważne. Krytycy, którzy już wcześniej zapoznali się z jego twórczością dostrzegali napięcie, a zwłaszcza czasowość, o której mówi Zofia Weiss. Chodzi oczywiście o moment zapamiętania krajobrazu, zwykle artysta go odtwarza, w przypadku Piotrowskiego mamy do czynienia z malowaniem w czasie rzeczywistym. Tak twierdzi. Piotrowski przywraca mu nową formę jednak, co czyni z jego pracy nowy wymiar.
Ponadto mamy inną definicję, bo Piotrowski aktualizuje geografię obrazu, nie tworzy jeden do jednego, tylko kształtuje na nowo przestrzeń. A z drugiej strony wychodzi w pole tak samo jak robił to Weiss czy inni mistrzowie krajobrazu, włażąc w błoto w podkrakowskiej wsi i wdychając to samo powietrze. I w zamiarze – jak chce Gombrowicz – „płyńcież do cudaka świętego, do natury co wciąż się rodzi…”.
Grzegorz L Piotrowski jest malarzem metafory. Jego krajobraz odczytuje się od wewnątrz. Można w nim dostrzec samotność, oddech, a zatem echo – pojęcia, które nie są od razu widoczne „jako takie”. Sugeruje nam byt, który jak „elegia zieleniny pól”, dotyczy frenetycznego upodobania wsi i sielskiej okolicy jego domu.

Z pewnością na malarstwo Piotrowskiego należy patrzeć dwojako. Z jednej strony jak na malarza, który wpisuje się w podejście, gdzie pejzaż jest punktem wyjścia dla poszukiwań malarskich. A z drugiej strony dotyka podstawowego napięcia samego pojęcia abstrakcyjnego krajobrazu. Jego intuicja jest bardzo słuszna: krajobraz odnosi się do czegoś konkretnego, widzialnego, przestrzennego, abstrakcja natomiast odnosi się do tego, co wymyka się figuracji, precyzji rzeczywistości. Ich połączenie wydaje się paradoksalne — i właśnie w tym paradoksie tkwi całe bogactwo sztuki Piotrowskiego.

Wystawa w Galerii Browarna to także lekcja. Że malarstwo może być w swej postaci światem wewnętrznym ze wszystkimi emocjami, pamięcią oraz percepcją. Oczywiście tak można powiedzieć o każdym innym malowaniu, lecz w przypadku Piotrowskiego dotykamy szczególnie świata natury, bo ubrał ją w formę nieczęstą. Nadał jej nowego znaczenia. Ale też stanął przed nią z bogactwem gestu, odwagi koloru, szybkością pędzla. Nigdy nie zatarł krajobrazu poprzez ekspresję. Nie ona stała się dominantę na tych obrazach, lecz tłumaczenie na nowo pejzażu.
Grzegorz L. Piotrowski, Parezja – prawda i swoboda wypowiedzi, Galeria Browarna, Łowicz, 2025












