Po raz drugi w Tate Britain pojawia się Mark Rothko w sali poświęconej J.M.W. Turnerowi. Kilka lat temu była to kolekcja z serii The Seagram Murals. Teraz mamy tylko jeden obraz, Untitled z 1950 roku. Turner reprezentowany jest przez owiane tajemniczością pejzaże.

Połączenie twórczości Turnera i Rothko w jednej sali Tate Britain, podkreśla przejście od malarstwa świata do malarstwa duszy. Turner patrzył na naturę, aby uchwycić ślady boskości. Z kolei Rothko patrzył w głąb siebie. Obraz Rothko, umieszczony wśród późnych pejzaży Turnera, nie jest jedynie estetycznym zestawieniem, ujawnia głęboką duchową więź między dwoma artystami, których pozornie wszystko dzieli. Turner, w jakim sensie romantyczny malarz XIX wieku, kontempluje naturę, aby uchwycić w niej blask boskości, Rothko zaś, poszukuje tego samego, wewnętrznego objawienia w czystym kolorze.

W roku 1958 Mark Rothko wykonał The Seagram Murals, cykl obrazów z przeznaczeniem dla restauracji the Four Seasons w słynnym, nowojorskim biurowcu, zaprojektowanym przez legendę światowej architektury – Ludwiga Miesa van der Rohe. Właścicielem biurowca była wtedy firma Seagram. Prace malarza, w tym projekcie, cechuje szczególna dla niego powściągliwość, ciemna paleta czerwieni, brązów i czerni. Pierwszy głos krytyka ze znanej nowojorskiej gazety, który zobaczywszy mural, wykrzyknął: ah, co za mroczne światło!
Rothko powiedział: „interesuje mnie jedynie ekspresja oparta na ludzkich emocjach, jak choćby ekstaza, podniecenie, a czy to wynika z oceny moich prac, bo przywołują przeznaczenie, fatum, i tego typu podobne, to jakby drugorzędne”. Cykl ten został przez Tate zestawiony z twórczością Turnera, z tym, że Rothko poświęcono wtedy osobną salę.
Teraz jest inaczej.

U obu malarzy malarstwo staje się przestrzenią objawienia. Turner wydobywa światło z chaosu żywiołów, Rothko – z pustki i ciszy. Obaj zapraszają widza do kontemplacyjnego doświadczenia: stanąć przed płótnem, zatracenia się w nim i pozwolić, aby kolor pochłonął wzrok, aż stanie się niemal dźwięczny.
To wielka sztuka tego wszystkiego doznać. Wymagania od widza są jednak wysokie.

Związek między tymi artystami przejawia się również w ich stosunku do czasu i materii. U Turnera światło często kojarzy się z przemianą – wschodem słońca, pożarem, burzą – czyli momentami, w których świat zmienia swój stan. U Rothko, światło kojarzy się natomiast z zawieszeniem czasu, medytacyjnym bezruchem.
Dla obu artystów światło jest metaforą objawienia. Turner szuka Boga w naturze, Rothko szuka człowieka w boskości.
W przypadku Turnera światło jest prawdziwym tematem obrazu. W jego późnych pejzażach forma rozpływa się w mglistej, niemal nieuchwytnej materii. Malarstwo staje się rodzajem świetlistej mgły, w której znikają kontury świata. To rozpłynięcie się tego, co widzialne, zapowiada już abstrakcję. Turner nie stara się opisywać rzeczywistości, ale przekazać wrażenie światła – ten moment, w którym oko jest oślepione, a świat staje się czystą wibracją.

Jego obrazy, takie jak „Norham Castle”, „Sunrise” czy „Snow Storm – Steam-Boat off a Harbour’s Mouth”, sprawiają, że spojrzenie staje się doświadczeniem wzniosłym – wszak w obliczu światła widz czuje się jednocześnie oślepiony i pochłonięty, konfrontowany z czymś, co przekracza ludzkie pojmowanie. To właśnie to poczucie ogromu, ta romantyczna wzniosłość urzekła Rothko. Amerykański malarz, choć zakorzeniony w nowojorskiej nowoczesności, uznał Turnera za prekursora: artystę, który zrozumiał, że malarstwo może wykraczać poza zwykłe przedstawianie świata i stać się doświadczeniem nieskończoności.
W obrazie Untitled, 1950–2, Rothko rozciąga szerokie pola kolorów — często czerwonych, ochrę, brązowych, niemal żarzących się. Formy wydają się oddychać, delikatnie wibrować w przestrzeni obrazu. Nie ma tu horyzontu ani perspektywy. Tylko świetliste powierzchnie, zawieszone w medytacyjnej ciszy. Rothko nie stara się niczego przedstawiać. Maluje stany duszy: powagę, spokój, samotność, zachwyt. „Nie jestem kolorystą”, często mawiał, „nie maluję relacji między kolorami, maluję ludzkie emocje”. Światło nie pochodzi tutaj od słońca – emanuje z samego płótna, jakby kolor stał się substancją duchową. Tam, gdzie Turner zachwycał się światłem świata, Rothko konfrontuje nas z wewnętrznym światłem, tym, które oświetla najskrytszą część istoty. Widz stojący przed Untitled, 1950–2, doświadcza tego, co Turner nazywał „drżeniem wzniosłości”: zawrotów głowy, niemego wzruszenia, poczucia nieskończoności.

Rothko odrzuca ideę abstrakcji czysto formalnej. W wywiadzie z 1957 roku stwierdza: „Nie interesują mnie relacje między kolorami lub formami, interesuje mnie wyłącznie wyrażanie podstawowych ludzkich emocji – tragedii, ekstazy, fatalizmu” (cytat za: D. Anfam, Mark Rothko: The Works on Canvas, 1998). Kolor staje się w ten sposób nośnikiem uniwersalnej, niemal religijnej emocji. Stojąc przed jego obrazami, widz nie powinien „widzieć” czegoś, ale coś przeżywać. Rothko nalega, aby obrazy były zawieszone bardzo nisko i oglądane z bliska, tak aby widz był dosłownie otoczony kolorem – jakby wkraczał do świętej przestrzeni. To odniesienie do sacrum zbliża Rothko do romantyzmu Turnera. Jednak jego wysublimowanie nie dotyczy natury: jest to wysublimowanie wewnętrzne. Tam, gdzie Turner malował światło świata, Rothko maluje światło duszy.

Wassily Kandinsky w książce o duchowości w sztuce, przewidział już tę ewolucję: kolor, uwolniony od formy, może stać się językiem duchowym. Rothko jest jednym z najczystszych spadkobierców tej idei: u niego kolor jest ciszą, oddechem, a nawet modlitwą. Chociaż Rothko nie twierdził wprost, że Turner był dla niego wzorem, podobieństwo między nimi jest oczywiste. Historycy często zwracali uwagę na podobieństwo między złocistymi, pomarańczowymi i ognistymi barwami obu malarzy. David Anfam podkreśla, że Rothko podziwiał sposób, w jaki Turner „potrafił uczynić światło autonomicznym dramatem, wolnym od narracji”. Turner, rozpuszczając formy w świetle, otworzył drogę do malarstwa, w którym wrażenia zmysłowe przeważają nad przedstawieniem. Rothko kontynuuje tę drogę, usuwając wszelkie przedmioty i horyzonty, aby pozostawić jedynie samo napięcie świetlne. Jednak w obu przypadkach malarstwo znajduje się na granicy tego, co widzialne: Turner rozpuszcza materię aż do przezroczystości, Rothko rozpuszcza formę aż do ciszy. Ich dzieła tworzą raczej przestrzeń doświadczenia niż przestrzeń przedstawienia.

Połączenie twórczości Marka Rothko i J.M.W. Turnera w Tate Britain nie jest jedynie muzealną ciekawostką, zabiegiem kuratorskim. Ujawnia ono istotne pokrewieństwo duchowe. Turner, rozpuszczając naturę w świetle, otworzył drogę do malarstwa, w którym to, co widzialne, zamienia się w doświadczenie wewnętrzne. Rothko, eliminując wszelkie odniesienia figuratywne, doprowadza tę intuicję do jej istoty: światło staje się czystą emocją, czystą obecnością. Bardzo piękna lekcja historii sztuki. Albowiem, w ten sposób, od Turnera do Rothko, pisana jest historia malarstwa jako poszukiwania tego, co wzniosłe — historia, w której światło, niezależnie od tego, czy pochodzi ze świata, czy z duszy artysty, pozostaje najczystszym językiem nieskończoności. To oczywiście metafora. Stojąc w sali pełnej Turnera naprzeciw Rothko można odnieść wrażenie, że Rothko, podobnie jak przed nim Turner, nie maluje światła. Maluje światłem.













Piękny tekst, dziękuję!
Teraz tylko lecieć do Tate, by tego doświadczyć.