Przypadkowe prace, poza kilkoma wyjątkami mało znaczących artystów, chaos informacyjny wynikający z amatorskich opisów eksponatów, brak pomysłu zaprezentowania dzieł sztuki, porażające błędy w opisach – tak najkrócej można podsumować, szumnie zapowiadaną „Wystawę niestałą 4 x kolekcja”, która miała stać się flagowym projektem Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, a okazała się, jednym wielkim rozczarowaniem. Przynajmniej dla mnie…
W gruncie rzeczy rozczarowaniem przewidywalnym i bolesnym. Zawartość kolekcji nie powinna nikogo dziwić, a przynajmniej osób, które znają od podszewki środowisko polskiej sztuki i wiedzą doskonale, jak zrodził się ten zbiór dzieł, do którego klucza należy szukać, jak pisze uznana krytyk sztuki Monika Małkowska, w Fundacji Galerii Foksal i osób z nią związanych (lektura TYSOL.pl Mafia bardzo kulturalna, styczeń 2025). Dla ludzi postronnych, lecz znających się na sztuce, kolekcja MSN jest tylko potwierdzeniem faktu, że zbudowanie muzeum z prawdziwego zdarzenia jest projektem niemożliwym do wykonania. Zwłaszcza jeśli porównuje się je do światowych jak Tate Modern, Centre Pompidou, MoMa, a nawet MAMAC, których przemyślana i konsekwentnie budowana kolekcja jest nie tylko magnesem dla milionów turystów z całego świata, ale także najlepszą lekcją historii i kultury jaką można dać społeczeństwu. Pytanie czy MSN chce pretendować do takiego porównania.

Muzeum Sztuki Nowoczesnej na ich tle wypada blado i aby nie pogrążać go jeszcze bardziej należy zrezygnować z jakichkolwiek porównań, traktując jako „niezależny byt”, stworzony sam dla siebie. Jest w nim oczywiście pewnego rodzaju fenomen, który celowo lub nie, zakłócił wyobraźnię mieszkańców Warszawy. I nie chodzi tu zupełnie o kolekcję, ale o sam budynek. Cały kraj, dyskutuje bowiem o nic nieznaczącej oprawie, zamiast o treści. To tak jakby utwory Witolda Gombrowicza interpretować przez pryzmat ich okładek. Problem jest tylko w tym, że w przypadku tego wybitnego pisarza zderzamy się z bezdyskusyjnie wysokim poziomem literatury, dla którego to, czy będzie ona wydana na kredowym papierze i w okładce ze skóry, czy też na ekologicznym papierze gazetowym, nie ma najmniejszego znaczenia. Kiedy jednak nie ma treści, lub też jest ona wyjątkowo uboga, zostaje nam jedynie skupienie się na okładce, bo o czym innym można rozprawiać patrząc, co aktualnie prezentuje MSN.
Prawda jest też taka, że o okładce, w tym przypadku budynku muzeum, łatwiej jest rozmawiać niż o jego kolekcji. Przeciętny Polak widzi biały budynek i od razu wie, czy jest on według niego ładny czy brzydki. Kiedy wyraża swoją opinię, przemawia przez niego ta sama pewność, z jaką będzie ronił łzy patrząc na chłopki Chełmońskiego i ta sama zaciętość, z którą będzie atakował twórczość Pollocka nazywając ją „bohomazami na poziomie pięciolatka”. Nie ma zresztą czemu się dziwić, skoro w Polsce miejsce krytyków sztuki, zajęły przypadkowe osoby, które w malarstwie najbardziej cenią „piesełki” i „koteczki”, tępią portrety konne, tylko dlatego że siedzą na nich mężczyźni oraz wierzą w paralelny świat, w którym Caravaggio był kobietą. Wydają książki „udawadniające” wyższość chromosomu XX nad XY, zwłaszcza w polskim wydaniu, które „podbiło” paryskie salony. Brak edukacji w zakresie sztuki współczesnej, widać na każdym kroku, a już w MSN mamy wręcz hołd złożony ignorancji i samouwielbieniu, które momentami jest nawet zabawne. Do tej pory żadna poważnych z gazet nie odważyła się na polemikę z przyjętą przez muzeum linią propagandową, a nieliczni krytycy sztuki, którym jeszcze się chce komentować, muszą zadowolić się publikowaniem na Facebooku do ograniczonej grupy odbiorców spoza „kokonowej” propagandy, ślepo wierzącej w swoją doskonałość.

O kolekcji nie ma specjalnie kto pisać, a nawet gdyby znaleźli się odważni, nie mieliby zbyt dużego pola do manewrów, gdyż eksponowany obecnie zbiór prac trudno nazwać wystawą czy kolekcją, które z samej swojej definicji wskazują, że są one zbudowane według jakiegoś klucza. W tym przypadku mamy do czynienia z ekspozycją wynikającą z mniej lub bardziej przypadkowych działań podejmowanych przez nieprzypadkowych ludzi. Zakup dzieł sztuki z pieniędzy publicznych, czy dobór artystów do kolekcji państwowych instytucji to temat wrażliwy i na zupełnie inny artykuł. W przypadku MSN mamy wyraźny dysonans poznawczy wynikający z nadmuchanej propagandy zderzonej z brutalną rzeczywistością. Jeśli ktoś spodziewałby się zobaczyć w muzeum prace artystów, którzy obiektywnie tworzą świat sztuki współczesnej będzie rozczarowany. Na próżno w monumentalnych przestrzeniach muzeum szukać postaci pokroju Hockneya, Koonsa, Kiefera, Baselitza, Shioty czy Yayoi Kusamy. Mamy za to wysyp, mniej znanych na arenie międzynarodowej artystów, promowanych głównie na lokalnych podwórkach. Ich wpływ na bieg współczesnej sztuki jest i będzie raczej ograniczony, stąd ich obecność w największym muzeum sztuki nowoczesnej w Polsce wzbudza pytania o zasadność takiego zakupu. Być może odpowiedź jest bardzo prosta: dla polskiego odbiorcy, którego wiedza na temat sztuki współczesnej jest niewielka i tak nie ma znaczenia, czy będzie patrzył na pracę Tracey Emin czy Vasyla Tkachenko – żadne z tych nazwisk i tak nic mu nie mówi, więc nie ma sensu inwestować setek tysięcy złotych w prace uznanych artystów, skoro ich odbiór przez społeczeństwo i tak będzie żadne. Skąd taka surowa opinia polskiego odbiorcy? To dość proste, wystarczy przeczytać opinie czytelników, zamieszczane pod postami oficjalnego profilu MSN na Facebooku. Oto przykłady:
– „Wciskają naiwnym, że to jest sztuka nowoczesna. To jest raczej wielka kupa”.
– „Tam nie ma żadnej sztuki, moje wnuki robią lepszą instalację.”
– „To muzeum to dno, jak nie ma się talentu i wyczucia piękna sztuki, to zostaje się „artystą” przez skandalizowanie. Stawiasz kawałek drewna, szmaty, papieru, narobisz na nie kupę i to jest dzieło sztuki…”
– „Byle przypadkowe badziewie teraz nazywa się sztuką”.
– „Mam stare skarpetki, można je wykorzystać”.
– „(…) chyba zgłoszę się do dyrektora tego przybytku z prośbą o wystawienie moich gratów, szmat i innych badziewi, aby mogli to znawcy tematu obejrzeć…”

Dziś każdy może pisać o sztuce, wyrażać własne opinie. To przywilej mediów społecznościowych. Mówił o tym David Hockney, zwiastując upadek przekazu, który niegdyś niósł intelektualne i edukacyjne podłoże. O jakości sztuki wypowiadają teraz celebryci, influencerzy albo zwykli ludzie, którzy karmią się tymi opiniami z tabloidów. Trudno się dziwić, że braki w edukacji nadrabiają chamstwem i kubłem pomyj wylewanym na twórczość współczesną.
Na pocieszenie trzeba wyraźnie zaznaczyć, że w tej stosunkowo ubogiej kolekcji znalazła się garstka ważnych artystów, takich jak choćby Sarah Lucas, Lynette Yiadom-Boakye, Magdalena Abakanowicz, David Wojnarowicz, Teresa Tyszkiewicz, Lawrence Abu Hamdan czy Teresa Margolles. Walczące o parytet w sztuce fanatyczki z radością odnotują również fakt, że większość z nich, to kobiety.
Co prawda, jedne z najważniejszych instalacji, jakie są w posiadaniu muzeum, czyli „Rzymianie” Sarah Lucas oraz „127 ciał” Teresy Margolles zostały dobrze „ukryte” i aby je „odnaleźć” trzeba pokonać dziesiątki innych, mniej znaczących dzieł, to jednak stanowią one, swoistego rodzaju wynagrodzenie dla osób, które zdecydowały się, mimo wszystko zainwestować 30 zł w zakup biletu. Na marginesie: wejście do wszystkich muzeów w Wielkiej Brytanii, włączenie z Tate Modern jest bezpłatne. Może właśnie dlatego, tamtejsze dzieci są w stanie odróżnić prawdziwą sztukę od chały, skoro od wczesnych lat nie tylko karmi się ich wielkimi nazwiskami, ale uczy także, że przebywanie w muzeum, nie jest dla wybranej grupy osób.

Czy MSN mogłoby ten kaganek oświaty wnieść jako swoiste wiano dla tych, którym brak ogłady w kulturze? W myśl jak pisał Gombrowicz, że „ten gatunek, trudno i darmo musi być poddany masażowi?” Czytamy na stronie Facebooka Muzeum pod zdjęciem instalacji Lucas: „o rzesz k.rwa jego mać. Kto zaj.ebał moją wannę, przez was chamy po remoncie musiałem zrobić prysznic”. (pisownia oryginalna).
Wspomniana instalacja Sarah Lucas, składa się z tradycyjnych wanien oraz rozstawionych pomiędzy nimi kobiecych nóg utworzonych z rajstop i zakończonych szpilkami. W ich górnej części widzimy kształtne piersi z sutkami skierowanymi ku dołowi. Nie trzeba być geniuszem, aby zobaczyć w niej nawiązanie do kobiecego ciała, widzianego z perspektywy imperium rzymskiego i współczesnego imperium konsumeryzmu. Każdy, kto zna twórczość Brytyjki jest w stanie dostrzec to w ciągu pierwszych pięciu minut. Okazuje się jednak, że nawet dla pracowników MSN zadanie było zbyt trudne. Na tabliczce informacyjnej widnieje taki bowiem oto, przedziwny tekst: „w pracy Rzymianie artystka zaprasza nas do obejrzenia pozostałości po imprezie, choć nie jest jasne, czy – jak sugeruje tytuł – była to impreza na wzór starożytnego dworu Nerona, czy też seksparty młodych osób pracujących w wieżowcach nad Tamizą”. Od kiedy to wanny są symbolem uczt lub imprez? Być może autor tego nonsensu po upojnej nocy spędzonej na imprezie w bloku nad Wisłą, zjada rano śniadanie w wannie przypominając sobie powoli, jak się w niej znalazł. Z pewnością jednak nie ma to nic wspólnego z twórczością Sarah Lucas, o której napisano już tomy recenzji na całym świecie, więc jej stosunek do ludzkiego ciała, kobiecości i współczesnego feminizmu jest wszystkim doskonale znany. Wydawałoby się, że wszystkim fachowcom z muzeów świata.

To jednak nie jedyna wpadka autora tego tekstu. Zdanie wcześniej czytamy, że „Young British Artists” było fenomenem sztuki brytyjskiej. Nie, nie był to fenomen. Gdyż jak sama nazwa tego słowa wskazuje, że fenomen to „zjawisko rzadko spotykane, coś niezwykłego, wyjątkowego”. YBA był dojrzałym ruchem artystycznym, który zrodził takich artystów jak Damien Hirst, Jenny Saville, Gary Hume, Angus Fairhurst czy Tracey Emin. Udział sztuki brytyjskiej w dziejach historii sztuki oraz jej wpływ na współczesność jest niekwestionowalny. Mówienie publicznie o YBA jako o czymś wyjątkowym, co nie powinno się wydarzyć, a się wydarzyło, świadczy o całkowitym braku wiedzy z zakresu sztuki światowej ze strony osób pracujących w MSN. Na koniec, w ramach podsumowania i dopełnienia tego obrazu rozpaczy należy dodać, że tytuł angielski tej pracy jest zapisany z błędem.
Teresa Margolles – współczesna meksykańska artystka będąca głosem świata, który najchętniej byśmy uciszyli jest jedną z najważniejszych osób tworzących współczesną sztukę współczesną. Jej twórczość oscyluje wokół śmierci, przemocy i bezbronności wobec wszechobecnego zła. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie pokazało jedną z jej prac – „127 ciał”, do której powstania artystka wykorzystała nici chirurgiczne wykorzystane wcześniej do zszycia zwłok po autopsji. Każda z zakrwawionych nici jest nie tylko symbolem, ale namacalnym dowodem istnienia osoby, która dla świata pozostaje nadal jedną z tysiąca bezimiennych ofiar, której życie zostało brutalnie przerwane. Taka praca wymaga nie tylko odpowiedniej ekspozycji, a nie tylko powieszenia jej na jednej ze ścian w towarzystwie innych artystów.

Jeśli MSN nie dysponuje możliwościami, aby posiadać w swojej kolekcji znaczące nazwiska, a ma do zapełnienia ogromny budynek, to może warto, zamiast na siłę budować międzynarodową kolekcję, skupić się w większej mierze na rodzimych artystach. O wiele większą wartością edukacyjną zarówno dla Polaków i jak i zagranicznych turystów byłoby pokazanie dorobku polskich artystów niż zapełnianie kolejnych sal, innymi, przeciętnymi, zagranicznymi artystami. Marginalizacja i brak należytej ekspozycji polskich twórców zwłaszcza tych, którzy obiektywnie mieli wpływ na rozwój sztuki w tym kraju, a tylko nielicznym udało się nawet przebić do wielkiego świata, jest kolejnym zarzutem kierowanym w stronę dyrekcji muzeum i kuratorów w nim pracujących.
Doskonale wiemy, że większość polskich artystów nie zmieniła biegu światowej sztuki, nie wpłynęła na jego zasadniczy rozwój, to jednak ich obecność nie może być pomijana. Wiedza na ich temat w społeczeństwie jest albo znikoma, albo błędna. Wynika to głównie z ignorancji połączonej z polskim patosem, na którym wychowują się kolejne pokolenia, ślepo wierzące w monumentalne osiągnięcia polskich artystów na arenie międzynarodowej. Ta śmieszna bańka iluzji przypomina bełkot alkoholika przekonującego każdego napotkanego przechodnia, że jest on trzeźwy. Muzeum Sztuki Nowoczesnej jak żadne inne muzeum, miało szansę na pokazanie dokonań polskich artystów w odpowiednim świetle i kontekście. Polska sztuka nie jest i nigdy nie była oderwana od tego, co dzieje się na świecie. Widzimy w niej echo wielkich nazwisk i trendów, które w danym czasie wywoływały ruchy tektoniczne w globalnym świecie sztuki. Traktowanie jej jako samodzielnego meteorytu rozświetlającego ponure niebo, jest błędem. Polscy artyści przenosili na polski grunt to, co wcześniej zobaczyli w Paryżu, Berlinie czy Londynie. Nigdy odwrotnie.

Zadziwia dobór nielicznych jak na potężną przestrzeń sal polskich artystów, których muzeum zdecydowało się pokazać. Dotyczy to zwłaszcza tych, tworzących współcześnie. Obecność Abakanowicz, Szapocznikow czy Jaremy nikogo wszak nie dziwi. Ich miejsce w sztuce polskiej a nawet światowej jest niekwestionowane. Natomiast aż trzy obrazy przeciętnego Karola Radziszewskiego są już zabiegiem zastanawiającym, zwłaszcza jeśli doda się do tego całkowicie pominięcie artystów generacji lat 80 z kręgu Nowej Ekspresji, dla których motywy polsko – polskie tamtej epoki były nadrzędne i to ich sztuka powinna stanowić lekcję dla młodych widzów. Na ścianach muzeum wisi co prawda jeden Włodzimierz Pawlak, ale w żaden sposób tej luki nie wypełnia. Niedawna wystawa Pawlaka w Muzeum Sztuki w Łodzi pokazała, jak ciekawie biegną ścieżki tego energetycznego, istotnego pokolenia, które po okresie kontestacji przywdziało togi profesorskie (Modzelewski, Ratajski). W Warszawie pustka na ten temat. Jest jeszcze Sasnal, który przywraca nudę w polskim malarstwie, ale jest modny na aukcjach. To tak jakby wciąż żywić się mrożonkami. Niby każda jest inna, raz mamy rybkę, raz makaron, ale wciąż to odgrzewane danie. Radziszewski głównie komunikuje, że jest aktywistą Queer, ale sztukę uprawia na przeciętnym poziomie. Queer to wyznanie osobiste. Nie wystarczy na muzeum tej rangi. Gdzie zatem są: Bednarski, Grzyb, Ciecierski, Ćwiertniewicz, Maciejuk, Rożnowska, Paruch, Umiastowski, Kucz, Kozera, Klimek, Juściński, Susid, Woszczyński, Fogtt, Brodowska, Brach, Robakowski, Tarasewicz, Falender, Wachowski, Pągowski, Tomaś, albo ci najwięksi z polskiej emigracji jak Gabriela Morawetz, Marek Szczęsny, Aliska Lahusen. Ta lista jest zebrana ledwie z pamięci, raczej początkiem rasowej, pełnej obecności w sztuce polskiej, a skoro na ścianach pojawił się Jurry Zieliński, to dlaczego nie ma Sienickiego? Oczywiście każdy kurator ma prawo do swoich wyborów. W prywatnym muzeum na pewno. Jego sprawa. Ale MSN znalazło się na liście wyjątkowych miejsc w Warszawie, koniecznych do odwiedzenia. To muzeum publiczne. Do czegoś zobowiązuje.

Światowe muzea pełnią funkcję edukacyjną. Muzeum Sztuki Nowoczesnej robi wszystko, tylko nie to. Nie potrafiło, nie tylko znaleźć klucza do własnej kolekcji, ale nawet podpisać eksponatów w sposób prawidłowy. Każdy, kto choć raz był w jakimkolwiek muzeum sztuki współczesnej na świecie wie, że na tabliczce informacyjnej znajdującej się obok dzieła należy umieścić: imię i nazwisko artysty, datę jego urodzenia, kraj pochodzenia, tytuł dzieła i datę jego powstania. To wszystko. Nic więcej nie jest potrzebne. Przygotowanie tego typu tabliczek jest rzeczą dziecinnie prostą i nie wymaga żadnych nadzwyczajnych kompetencji. Może to robić nawet stażysta. Okazuje się jednak, że nawet z tak prostym zadaniem flagowe muzeum Warszawy sobie nie poradziło. Na żadnej tabliczce nie mamy ani kraju pochodzenia, ani daty urodzenia artysty. Mamy za to moralizatorskie wykłady rodem z wiejskiej plebani w stylu: „brał udział w pijackiej orgii” (tabliczka przy Soshiro Matsubara). Żadne muzeum, a zwłaszcza muzeum sztuki współczesnej, nie ma prawa do oceny moralnej autora. Wspomniany wyżej opis jest skandalicznym przykładem żenującego poziomu intelektualnego osoby, która to autoryzowała.

Wielkiej klasy muzea, umieszczają komentarze kuratorskie sporadycznie, w wyjątkowych uzasadnionych przypadkach, kiedy istnieje obiektywne zagrożenie, że eksponowany obraz zostanie niepoprawnie odczytany. Dzieje się to przeważnie w przypadku obrazów, na której widnieją sceny nawiązujące do niewolnictwa lub dyskryminacji na tle rasowym. Niespotykane są jednak komentarze oceniające czyjeś zachowanie poprzez wyznawany przez kuratora kodeks moralny. Jeśli usuniemy z muzeum prace wszystkich alkoholików, palaczy, osób przeklinających, morderców, narkomanów, beznadziejnych rodziców, osób kłócących się z kochankami, mężami i żonami, osób korzystających z burdeli, a także niemyjących się pod pachami i sikających w miejscach publicznych, nie wspominając już o homoseksualistach, ateistach, lesbijkach, to pozostaną nam puste ściany, na których będziemy sobie mogli podziwiać, co najwyżej, światło zachodzącego słońca. Przy takiej cenzurze nie ostaną się nawet kościoły, które jak San Luigi dei Francesi, Sant’Agostino czy Santa Maria del Popolo dają możliwość milionom osób, codziennie klękać przez obrazami namalowanymi przez mordercę o nazwisku Caravaggio. Artystę, który częściej miał w objęciach dziwkę niż biblię. MSN postawiło sprokurować dwie pieczenie przy jednym ogniu i połączyć wizytę w galerii z niedzielną sumą, podczas której, wierni dostają moralny zestaw do wdrożenia przez następny tydzień.

Przestrzenie MSN są monumentalne. Idealne wręcz do prezentacji artystów największego formatu. W zderzeniu z garstką eksponatów, którymi obecnie dysponuje muzeum, wygląda to wszystko karykaturalnie. Można byłoby to uratować, choćby poprzez zawieszenie w jednej z tych gigantycznych przestrzeni całej serii „Abakanów”, ale nie. Jedynego dostępnego, wciśnięto w relatywnie małą salę, w której stłamszono go wraz z Natalią LL, jej bananem i kilkoma innymi, w tym zasługującą na osobną przestrzeń – Izabelę Gustowską i kolejną Alinę Szapocznikow. Puste połacie, które napotykamy na każdym kroku przywołują na myśl kresy Mickiewicza i jego rozpacz za brakiem kogokolwiek, kto by ją przerwał. Te wolne przestrzenie ośmieszają muzeum bardziej niż jakikolwiek krytyczny tekst. Być może są zabiegiem celowym, który ma uzasadnić kolejne mniej lub bardziej przemyślane zakupy osób współtworzących tę instytucję.

Jedyne co warte podkreślenia w tym kontekście, to Archiwum KWIEKULIK, profesjonalnie i modelowo przygotowana ekspozycja. Czyli, że można.
Na koniec warto mimo wszystko zaznaczyć, że jest jedna rzecz, w której MSN wyróżnia się na tle innych instytucji. Propaganda sukcesu, jaką rozsiewana w Internecie przywodzi nam na myśl starą dobrą szkołę mediów komunistycznych, w których każdego dnia ogłaszano wykonanie 150% normy. MSN powołało się na artykulik internetowego, australijskiego portalu Lonely Planet, który zestawił osiem muzeów, których otwarcie planowane było na ten rok. Listę otwiera MSN w Warszawie. Nie dlatego, że jest najlepsze, najładniejsze, albo że posiada wyjątkową kolekcję. Jest na pierwszym miejscu, ponieważ zestawienie jest chronologiczne, a więc w lutym otworzyło się muzeum w Warszawie, 29 marca ponownie otworzyło się Yale Center for British Art w Connecticut (numer 2 na liście), 31 maja otworzy się Naoshima New Museum of Art (numer 4) i tak dalej, aż do Zayed National Museum and Guggenheim, Abu Dhabi, którego otwarcie planowane jest na grudzień, w związku z czym zajęło ostanie, ósme miejsce. Tymczasem polskie media piszą w obłąkanym zachwycie „MSN zajęło pierwsze miejsce w zestawieniu najlepszych nowo otwartych muzeów na świecie serwisu Lonely Planet”.
Nie wiem czy jest to wynik braku znajomości języka angielskiego czy też zaklinanie rzeczywistości, a może przemyślana strategia komunikacyjna, która zakłada, że prosty lud, który i tak nie potrafi odróżnić sztuki konceptualnej od antykoncepcji, uwierzy we wszystko, co przeczyta w Internecie, a najlepiej zobaczy na Tiktoku.

Największym wrogiem sztuki współczesnej nie jest ani ignorancja widzów, ani ich braki edukacyjne, ani nawet ich chamstwo dające swój upust w mediach społecznościowych. Największym jej wrogiem jest infantylizm osób odpowiedzialnych za jej promocję. MSN posiada swój oficjalny profil na Facebooku. Zgodnie z zasadą marketingową, codziennie publikują posty. Dziewięćdziesiąt procent z nich dotyczy koncertów, warsztatów lub innych wydarzeń odbywających się na terenie muzeum lub w placówkach zaprzyjaźnionych oraz zdjęć budynku na czele z klatką schodową. Są też oczywiście memy z kotkami i pieskami w roli głównej symbolizujące adminów strony. Ściślej adminki. Samej kolekcji, a co za tym idzie konkretnym eksponatom, poświęcono zaledwie kilka postów. Większość światowych muzeów, jak nie wszystkie, traktują swoje konta w mediach społecznościowych jako platformy edukacyjne. Do znużenia pokazują swoją kolekcję, opowiadają o historii poszczególnych obrazów, informują w której sali dany obiekt się znajduje. Jedni robią to w postaci zdjęć, inni nagrywają krótkie filmy. Ich cel jest jednak taki sam: przybliżyć dzieła sztuki tym, którzy być może nigdy wcześniej nie byli w muzeum, wypełnić ich braki edukacyjne, oswoić ich z przestrzeniami muzealnymi. Jednym słowem: wyrównać szansę. Oczywiście jest jeszcze druga strona takiego działania. Poprzez pokazywanie eksponatów, muzeum ukazuje swoją wielkość. Nic bowiem tak nie świadczy o muzeum jak jego kolekcja. Nikt na świecie nie rozprawia na temat bryły Tate Modern, a 5 milionów osób, które przekroczyło jej progi w 2024 nie odwiedziło jej z powodu gigantycznego hallu, ale 70000 eksponatów, które tworzą jej fenomenalną kolekcję. MSN postanowiło, z jakiegoś nieznanego powodu, nie wypowiadać się na temat własnych eksponatów, skupiając się bardziej na promowaniu „nowoczesnych” form językowych typu „osoby dorosłe” czy „osoby artystyczne”.

Osiem razy, w ciągu zaledwie pół godziny promowano warsztaty dla dzieci. W myśl, że dzieciom trzeba powtarzać jedną rzecz setki razy w nadziei, że coś w końcu zapamiętają. Po ilości i częstotliwości wpisów zachęcających do udziału w zajęciach dla najmłodszych można odnieść wrażenie, że czyta się profil przedszkola lub osiedlowego klubu z bogatą ofertą dla rodzin a nie muzeum sztuki współczesnej aspirującego do miana najlepszej placówki na świecie. Szkoda, że tej determinacji zabrakło przy tworzeniu postów skierowanych do dorosłych, postów promujących polską sztukę współczesną, postów pokazujących prace wielkich artystów, których dzieła można oglądać w MSN. Facebook muzeum miał szansę stać się platformą edukacyjną, miejscem, które w profesjonalny sposób wprowadza publiczność w świat sztuki. Niestety stał się kolejnym miejscem, przez które przetacza się co jakiś czas fala hejtu i chamstwa. I trudno mieć o to do ludzi pretensję, skoro ani w samym muzeum, ani z jego profilu społecznościowego nie mogą się dowiedzieć, czym tak naprawdę jest współczesna sztuka, a zwłaszcza sztuka konceptualna, która należy już do historii.












