Edvarda Muncha i Stanisława Wyspiańskiego dzieli więcej niż łączy, co doskonale widać w londyńskiej National Portrait Gallery. Bo dla wszystkich wykształconych Polaków ta obecność oznacza Dagny Juel, modelkę Muncha, żonę Przybyszewskiego i cały młodopolski świat z tymi poetyckimi westchnieniami i melancholią. Wszyscy byli nieszczęśliwi. Jednego trapił syfilis, drugiego lęki, a Dagny znalazła śmierć od kuli w Tibilisi. Munch, choć był tylko trochę starszy od Wyspiańskiego, przeżył go o ponad 30 lat. Portret Stanisława Przybyszewskiego wykonany przez Norwega możemy zobaczyć w Londynie.

Stanisław Wyspiański, „Macierzyństwo”, (1905), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

I teraz w tej galerii pełnej glorii i chwały, pierwszy z nich ma wystawę z prawdziwego zdarzenia, a drugi, malutką ekspozycję w jednej z sal na trzecim piętrze. Aby do niej dotrzeć, trzeba wiedzieć wcześniej, gdzie się znajduje, gdyż milczy o niej mapa rozdawana przy wejściu. Informuje jedynie o wystawie Muncha i fenomenalnej „The Face Magazine: Culture Shift”. Nie powinno to jednak nikogo dziwić, wszak „wystawa Wyspiańskiego” nie jest wystawą w klasycznym tego słowa rozumieniu, ale pokazem 16 prac zorganizowanym przez podmioty zewnętrzne, czyli Polski Instytut Kultury, Ministerstwo Kultury i Sztuki oraz Muzeum Narodowe w Krakowie w ramach tzw. „UK/Poland Season 2025”, wspieranego przez British Council.

Fragment ekspozycji 'Stanisław Wyspiański:Portraits” w National Portrait Gallery w Londynie. Fot. @wSztuce 2025

Artykuły pisane z odległości 1300 km, mówiące o „wystawie Wyspiańskiego” w Londynie, mijają się nie tylko z prawdą, ale świadczą o całkowitym braku zrozumienia mechanizmów jakie rządzą brytyjskim rynkiem sztuki.

Tutaj wszak jeszcze chodzi o to, aby z lekcji Wyspiańskiego wynieść naukę. To trudne zadanie w kraju, gdzie odbyła się pierwsza wystawa Surrealistów, gdzie 5-latki chodzą na wystawy Francisa Bacona, gdzie zrodziły się talenty Barbary Hepworth, Tracy Emin czy Sarah Lucas.  Zadanie karkołomnie, zwłaszcza, że chodzi o jedną, niewielką salkę w tym potężnym wodospadzie sztuki.

Edvard Munch ” Autoportret”, (1882), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

Wystawa Muncha, to kolejna próba zmierzenia się z jego fenomenem. Tym razem koncentruje się ona wyłącznie na jego portretach. Jeśli ktoś oczekiwałby jednak, zobaczyć tutaj, turystyczne hity, takie jak choćby „Der Schrei der Natur”, to będzie rozczarowany. Kurator wystawy, dr Alison Smith, zdecydowała się bowiem na pokazanie mniej spektakularnych, ale za to bardziej wymagających dla widza, obrazów. Obrazów, które na pierwszy rzut oka, nie niosą za sobą żadnych dramatycznych uczuć. Wydawałoby się, że nie ma w nich nic z emocji, które targały życiem Muncha i które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Jest w nich jednak, coś o wiele głębszego i boleśniejszego. Jest w nich niewidoczna, lecz fizycznie odczuwalna, przeogromna skala ludzkiej samotności. Patrząc na portrety Muncha spoglądamy, nie tyle na osoby przedstawione, co na wyjątkowo brutalny, stan ludzkiej alienacji. Nic nie może go ukryć, nawet najbardziej ekspresyjne kolory. Jest w nim zapisana cała ciemność skandynawskiej duszy.

Edvard Munch, „Double Portrait”, (1918), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

Munch, jak żaden inny malarz, potrafił dokonać swoistego rodzaju wcielenia emocji, nadać im figuralność, poprzez którą komunikował się z widzem. Emocje i uczucia były dla niego głównym tematem. Ciało czy natura służyły jedynie za oprawę. Fizyczność nigdy nie była dla niego istotna, to co działo się w ludzkim umyśle, co kierowało człowiekiem do odczuwania lub nie odczuwania, stanowiło oś wyznaczającej kierunek jego pracy.

Edvard Munch, „Seated model on the couch”, (1924), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

Portrety Muncha są rentgenowskim zapisem ludzkiej psychiki. Są bezlitosnym świadectwem ułomności i kruchości ludzkiej natury, która w obliczu cierpienia zawsze przegrywa. Munch konfrontuje widza z surowymi, niewygodnymi emocjami, których destrukcyjna siła jest nie do opanowania. Dotyka zarówno ludzi jak i natury. W przeciwieństwie do tego, prace Wyspiańskiego, a zwłaszcza portrety, które widzimy w pokoju numer 14, choć technicznie sprawne, są bardziej zakorzenione w dekoracyjnej elegancji i symbolice kulturowej niż w psychologicznym objawieniu, którego świadkiem był norweski geniusz. Są one ładne i przyjemne do oglądania. Idealnie nadają się na pocztówki i reprodukcje, bo jak pamiętamy w komunistycznej Polsce wisiały w wielu domach, wyciskając łzę wzruszenia z niejednego oka.

Edvard Munch, „Lucien Dedichen and Jappe Nilssen”, (1925-26), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

Portrety Muncha są przedłużeniem jego wizji świata głęboko opartej na osobistej traumie, chorobie i ciągłym zaabsorbowaniu śmiercią, lękiem i izolacją. Mimo pozornej statyczności portretowanych postaci jest w nich jakiś wewnętrzny, niepokojący ruch napędzany ekstremalnymi emocjami i często ponadludzką wrażliwością. Ich twarze wydają się być introspektywne, zapatrzone w głąb własnego świata, którego egzystencja zdaje się być bardziej realna niż otaczająca je rzeczywistość. Nawet kiedy malował dwie osoby, jak miało to miejsce w przypadku podwójnego portretu „Torvald Stang and Edvard Munch” (1909), każda z osób tworzy swój własny mikrokosmos. Między nimi nie występuje żadna interakcja, mimo że dzielą ze sobą przestrzeń jednego pokoju. Ich rozmowa jest cielesną zasłoną, dla dialogu, który toczy się wewnątrz ich umysłów. W portretach Norwega mniej chodzi o zewnętrzne podobieństwo, a bardziej o wewnętrzną atmosferę. Munch nie stara się schlebiać ani modelowi, ani odbiorcy, ale konfrontować. Takie podejście jest zupełnie obce Wyspiańskiemu, którego malarstwo zanurzone po uszy w ornamentyce, zdaje się całkowicie ignorować emocjonalny stan modeli. Stylistyczna perfekcja Wyspiańskiego i jego precyzyjna kreska odbywa się kosztem psychologicznej głębi, co zbliża jego twórczość bardziej do designu, niż wielkiego malarstwa.

Stanisław Wyspiański, „Helenka z Wazonem”, (1902), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

Prace Wyspiańskiego przesycone są także, a może przede wszystkim, polską tożsamością narodową. Jego modele noszą tradycyjne stroje, wystylizowane za pomocą ludowych wzorów lub ustawione na mitycznym lub literackim tle. Takie podejście, w pewien sposób, zamyka jego twórczość w klaustrofobicznej bańce, do której dostęp mają jedynie osoby z Polski lub podobnego kręgu kulturowego. Dla pozostałych, jest ona słabo czytelna.

Drugi od lewej: Edvard Munch, „Stanisław Przybyszewski”,(1895), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

Munch podążał zupełnie w odwrotnym kierunku. Unikał jak ognia jawnej symboliki kulturowej. Jego portrety nie odwołują się do żadnej narodowości ani nie wskazują na żaden konkretny moment historyczny. Są portretami uniwersalnych stanów bycia, a nie jednonarodowej tożsamości. Munch z pełną determinacją eliminował wszelkie odnośniki społeczne, definując jednocześnie wewnętrzne doświadczenia, będące zjawiskiem ponad kulturowym, społecznym i rasowym. W tym sensie jest on prekursorem introspektywnego modernizmu, który zdominował sztukę europejską w kolejnych dziesięcioleciach.

Edvard Munch, „Self-Portrait by the Arbour, (1942), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

Ten egzystencjalny ekspresjonizm nadaje jego pracom ponadczasowe znaczenie. Munch portretuje jednostkę, nie jako postać społeczną czy emblemat kulturowy, ale jako samotną świadomość zmagającą się z uniwersalnymi uczuciami. Jego portrety są nieustanną próbą zwizualizowania tego, co stanowi o sednie ludzkiej egzystencji. Malarstwo Muncha jest też głęboko zakorzenione w kulturze skandynawskiej, przesiąkniętej melancholią i duchowymi dociekaniami. Zarówno w literaturze, filozofii, jak i teologii, skandynawscy myśliciele od dawna zmagali się z tematami izolacji, losu i znaczenia cierpienia. Co też czyni paralelę z polskimi modernistami, którzy uczynili z tego męczący konglomerat uczuć i zwątpień.

Edvard Munch, „Torvald Stang and Edvard Munch”, (1909-11), National Portrait Gallery, Londyn. Fot. @wSztuce 2025

Munch, podobnie jak wcześniej Søren Kierkegaard widział życie jako serię kryzysów egzystencjalnych. Obaj mężczyźni postrzegali samotność i cierpienie jako powiązane ze sobą zjawiska, stanowiące jednocześnie podstawowe wymiary ludzkiej egzystencji. W malarstwie Muncha rezonują słowa Kierkegaarda mówiące, że jest on „w najgłębszym sensie nieszczęśliwą indywidualnością, od początku przykutą do takiego czy innego cierpienia graniczącego z szaleństwem” i stają się, tym samym, krzykiem każdej osoby doświadczającej podobne uczucia. Na tym tle portrety Wyspiańskiego wydają się być jeszcze bardziej bezbarwne i wypłowiałe niż pastele, którymi malował.

Być może akurat ta powściągliwość emocjonalna, widoczna w twórczości Wyspiańskiego, jak również zamknięcie się w wąskim kontekście kulturalnym sprawiły, że to Munch, a nie on wszedł do kanonu sztuki światowej.

Wystawę portretów Muncha oblegają dzisiaj tłumy, mimo że bilet kosztuje £21, a przecież kilka lat temu w British Museum była jego ogromna retrospektywa.

National Portrait Gallery, Londyn.

Wystawa „Edvard Munch Portraits”, do 15 czerwca 2025

Ekspozycja ” Stanisław Wyspiański: Portraits”,  do 15 lipca 2025

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj