David Hockney jest o wiele ciekawszym rozmówcą niż malarzem. Podczas gdy jego obrazy wieją nudą i są przewidywalne niczym szkolny jadłospis, to jego przenikliwe spojrzenie, wyszkolone poprzez lata studiów nad historycznymi tekstami, czynią z niego wysokiej klasy intelektualistę.

Słuchając jego wykładów na temat fotografii, którą uważa za jedno z bardziej kłamliwych narzędzi, przez to, nie mające nic wspólnego z odwzorowaniem rzeczywistości, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Hockney powinien być krytykiem sztuki. O wiele ciekawej się go słucha niż ogląda, co potwierdza, trwająca obecnie wystawa w Fundacji Louis Vuitton, którą spokojnie można ograniczyć do pierwszej sali, w której pokazywane są obrazy artysty z początku jego kariery. Patrząc na nie widzimy niezaprzeczalny talent. Jest w nich wszystko. Doskonały warsztat, emocjonalne napięcie, świetna kompozycja. Potem wszystko siada, kiedy zaczyna się jego „amerykański sen”, pełen cukierkowatych kolorów. Na koniec mamy już totalną nudę w postaci normandzkich i angielskich pejzaży oraz nieznośną serię kwiatów w wazonach zajmującą całą ścianę. O gałęziach, drzewach i porach roku, nie warto nawet pisać. Tak samo jak o rysunkach na iPadzie.

Mimo postępującego od lat 70-tych spadku formy, idącego wprost proporcjonalnie do jego sławy, jedno trzeba mu przyznać: Hockney jest cały czas w intelektualnym wyścigu. Ze światem i z samym sobą. Fascynują go, z taką samą siłą Wielcy Mistrzowie jak i aplikacje do rysowania. Kocha operę i scenografię, poezję, filmy i wszystko co jest nowe i niepokorne. Chce to oswoić zanim zrobią to inny. Chce być pierwszym przed pierwszymi. Uwielbia robić rzeczy, których dzisiaj już nikt prawie nie robi, czyli czyta niemodne książki, obserwuje naturę i pali papierosy. Ma w głębokim poważaniu całą tę paranoję oscylującą wokół wyrobów tytoniowych. Mówi, że to nie papierosy, ale samo życie jest największym zabójcą. Wyśmiewa się z karykaturalnych zdjęć przedstawiających płuca przeżarte rakiem, które codziennie spoglądają na każdego zawodowego palacza. Ale nie na niego, gdyż Hockney przekłada papierosy w stare opakowania, które kiedyś projektowali najbardziej utalentowani artyści. Dzisiaj zastąpił ich photoshopowy wyrób, który nie ma nic wspólnego ze sztuką, ale ma za to wywołać w odbiorcy paniczny lęk przed śmiercią. Na nikim oczywiście te zdjęcia nie robią wrażenia, co według Hockneya jest dowodem na to, że fotografia nie jest już uznawana za narzędzie przekazujące prawdę. Ludzie częściej płaczą i doznają emocjonalnych uniesień nad malarstwem abstrakcyjnym, surrealistycznym czy jakimkolwiek innym niż nad fotografią. Jeśli sztuka współczesna, której celem nigdy nie było imitowanie rzeczywistości, ale zejście pod skórę ludzkości i obnażenie jej kości, emocji i krwi, ma zdolność do wywoływania w odbiorcy skrajnych emocji, to fotografia, która od początku miała precyzyjnie odzwierciedlać rzeczywistość, nie wzbudza obecnie już żadnych reakcji. Nawet zdjęcia wojenne, czy zdjęcia biedy publikowane przez gazety są oglądane przez większość ludzi ze zlodowaciałą obojętnością.

– „Fotografia nadal nie potrafi pokazać trójwymiarowego świata” – tłumaczy Hockney. Nikt nie jest w stanie sfotografować gałęzi, tak aby pokazać ich w pełnej, trójwymiarowej formie. Fotografia, podobnie jak malarstwo japońskie, może je jedynie spłaszczyć. Van Gogh nienawidził fotografii. Uważam, że jego obrazy przedstawiające południe Francji są znacznie lepsze niż zdjęcia” – kontynuuje.

Często w wykładach wspomina Caravaggio, którego nazywa „hollywoodzkim malarzem”. Jego teatralność, która do dzisiaj zachwyca tak wiele osób jest wynikiem prostego zabiegu – dziury w suficie. Caravaggio malował w całkowitej ciemności. Światło, niczym teatralna lampa wpadało przez otwór w dachu. Dzięki temu artysta osiągnął efekt gry światła i kontrastu między bytem a niebytem. Zabieg ten jest powtarzany do dziś przez wszystkie teatry świata.
Hockney załamuje ręce na samo wspomnienie domorosłych krytyków sztuki, od których pęcznieje dzisiejszy Internet. Brak edukacji, ludzie uzupełniają na skróty, słuchając wynurzeń podekscytowanych, udających znawców sztuki. Wszak nie ma dziś lepszego sposobu na podbicie wizerunku dziennikarza czy pisarza niż komentowanie sztuki, nawet jeśli powtarza się wciąż te same frazesy.

Hockney na szczęście jest już głuchy jak pień, więc większość tych nieszczęść jest mu oszczędzona. Mieszka trochę na normandzkiej wsi, trochę w Londynie, gdzie analizuje stare eseje dotyczące optyki w malarstwie. Maluje już prawie tylko na iPadzie, bo w jego wieku utrzymanie pędzla jest już nie lada wysiłkiem. Zresztą jego malarstwo od dawna przypomina bardziej tapety na wygaszacz monitora i nie ma większego znaczenia, czy ogląda się je w muzeum czy w Internecie.
Zwrot ku malowaniu pejzaży tłumaczy tym, że chciał namalować trójwymiarowy świat East Yorkshire, miejsca, w którym się wychował i które zdawałoby się poprzez swoją swojskość, być do tego doskonałe. Poza tym, gdzie miał szukać pór roku; jak nie w Anglii? Plastikowe Los Angeles ze swoją monotonną, jedną porą roku, tym samym światłem i ludźmi uśmiechającymi się śnieżnymi licówkami, założonymi u tego samego dentysty, nie jest najlepszym miejscem dla malarza próbującego dogonić Constable’a i Turnera. W ten sposób powstała seria przejaskrawionych pejzaży, które budzą podejrzenie, że jedyną dostępną farbą dla Hockneya była zieleń.

Hockney uważa, że każdy kto interesuje się malarstwem musi zderzyć się z fotografią. Swoją relację z tym medium określa jako gorąco-zimną, czyli coś na pograniczy miłości i nienawiści. – „Mówi się, że zachodni sposób myślenia o perspektywie został niemal potwierdzony przez fotografię, ale według mnie, to błąd. Fotografia niczego nie potwierdziła. To zwykle prawo optyki” – mówi. Sposób spostrzegania otaczającej nas natury, czyli tzw. percepcja optyczna, jest faktycznie fotografią, ale znacznie starszą niż chemiczny wynalazek. Historia sztuki często ignoruje ten fakt, odnosząc się do konkretnego momentu, w którym wynaleziono aparat fotograficzny. Jednak on był tylko narzędziem do zdolności i czynności, które miały miejsce znacznie wcześniej. Nie jest dla nikogo tajemnicą jak malarze przed epoką fotografii byli zdolni stosować perspektywę w swoich obrazach. Według Hockneya, malarstwo Constable’a jest bliżej esencji fotografii niż współczesne zdjęcia.
– „Ludzkie oko zauważa przedmioty w sposób hierarchiczny. Najpierw dostrzega to, a potem tamto” – mówi. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Stąd hierarchizacja kompozycji obrazu jest tak istotna. Im większy obraz tym bardziej staje się on płaski. Malarstwo Hockneya przypomina bardziej japońskie malarstwo, pozbawione całkowicie perspektywy. Postacie ustawione są w formie imitującej ruch. Ale nawet wtedy sprawią wrażenie posągów. Ich ciała są martwe.

Kiedyś artysta ilustrował poezję, teraz tylko ją czyta. Napisał też książkę – „Secret knowledge: Rediscovering the lost techniques of the Old Masters”, w której tłumaczy jak niektóre z największych dzieł zachodniej sztuki powstały przy pomocy luster i soczewek oraz o tym, jak prawo optyki zdominowało europejski kanon malarstwa. Ta książka jest zarówno ukoronowaniem jego fascynacji fotografią jak również punktem zwrotnym, po którym powrócił do malarstwa. – „Aparat fotograficzny widzi geometrycznie, podczas kiedy człowiek widzi psychologicznie” – twierdzi. Być może w tych słowach znajdujemy odpowiedź, dlaczego nie poruszają nas fotografie, które codziennie bombardują nas z każdej strony, dlaczego malarstwo wydaje się być oddechem i odpoczynkiem dla ludzkiego wzroku, który patrząc na z pozoru przypadkowe kolory i formy jest w stanie wejść w swoistego rodzaju medytację poruszającą się wokół zagadnień, dla których nie wynaleziono, jak dotąd, wizualnych form.

W 2019 roku Hockney odważnie stwierdził, że mass media umierają z powodu rozwoju technologii i nowy świat, w którym władza należy do jednostki, właśnie się rodzi. Przyszłość telewizji widzi tylko na dwóch kanałach: sport i bieżące katastrofy, ponieważ oba te wydarzenia trwają tylko tu i teraz. Proroctwo malarza do pewnego stopnia się sprawdziło. Władza nad masami należy teraz już nie do dziennikarzy czy literatów publikujących swoje opinie w mediach, ale do jednostek, które za pomocą infantylnych filmików na TikToku czy Instagramie udzielają porad z zakresu dietetyki, wycięcia żołądka czy komentują sztukę. Nie każda jednostka może jednak zdobyć władzę. Aby tego dokonać nie może być zbyć inteligenta ani posiadać wiedzy w żadnym zakresie. Czasy bowiem intelektualnych elit oraz ekspertów, właśnie się skończyły.

Hockney, mimo swojego zafascynowania nowymi technologiami, nadal czyta prasę, od 60 lat jest wierny The Guardian, któremu przewiduje jednak szybki upadek. Przyznaje się, że śledzi na X kilku krytyków sztuki, interesuje go jak powstają informacje, kto je kreuje i jaki mają one wpływ na ludzi czytających ich bezkrytycznie. Media społecznościowe oduczyły ludzi krytycznego myślenia, sprawdzania faktów, szukania alternatywnych źródeł. Za pomocą „pisma obrazkowego” hoduje się teraz nowe pokolenia wtórnych analfabetów.
„Każdy jest teraz dziennikarzem, każdy jest fotografem. Może niezbyt dobrym, ale jednak fotografem. Zauważyłem także, że ludzie teraz nie chcą autografów, ale chcą mieć z Tobą selfie. Cały świat uległ zmianie. Tradycyjna telewizja też zniknęła. Nikt już jej nie ogląda. Wszyscy oglądają Netflix” – mówi z żalem w głosie.

Tematem, który najczęściej przewija się w rozmowach z Hockney’em jest perspektywa. Artysta jest chyba jedynym, który porusza ten problem. Ostatni raz rozprawiano o tym sto lat temu przy okazji powstania kubizmu. Paweł Florenski (1882-1937) napisał esej na temat odwróconej perspektywy w 1920 roku. Hockney często odwołuje się do tego tekstu w swoich wykładach uważając Florenskiego za Leonarda da Vinci Rosji. Florenski był postacią złożoną, a jego życie skończyło się tragicznie. Był księdzem, matematykiem, naukowcem, lingwistą i znawcą sztuki. Osobiście znał Kandinsky’ego. W 1937 roku został zastrzelony na rozkaz Stalina.

Pierwszym obrazem Hockneya w którym użył odwróconej perspektywy był „Kerby (After Hogarth) Useful Knowledge” (1975), który obecnie znajduje się w zbiorach MoMa. Hockney uważa, że perspektywa została wymyślona na potrzeby architektury, powołując się przy tym na Giorgio Vasari, który twierdził, iż wiedza na temat praw optyki bierze swój początek w świecie Islamu. Chińczycy, tak samo jak Japończycy nigdy nie wynaleźli szkła. W ich malarstwie nigdy nie było cieni ani perspektywy. Na większości ukiyo-e mosty nie odbijają się w wodzie, gdyż dla Japończyków było to nieistotne. Ich percepcja była skupiona na obiektach, a nie refleksjach i cieniach jakie im towarzyszą. Hockney kontynuuje to podejście w swoim malarstwie. Jego obrazy są płaskie, zastygłe w ruchu, aczkolwiek nie pozbawione cieni. Są jednak martwe, sztuczne i plastikowe niczym domek dla Barbie. „Mr and Mrs Clark and Percy”, „Pool with Two Figures”, “The Room, Tarzana”, to tylko kilka przykładów malarstwa pozbawionego jakichkolwiek treści i emocji.
Hockney od lat jest w retrospekcyjnym nastroju. – „Im więcej wiemy o historii, tym więcej widzimy przemocy i destrukcji. Gdzieś tam głęboko dna dnie serca wiemy ze w końcu wysadzimy się sami w powietrze” – mówi. Tej ponurej wizji przyszłości nie widzimy w jego twórczości. Wręcz odwrotnie – z jego płócien bombarduje nas cukierkowaty świat pełen kwiatów, zielonych łąk i ludzi trzymających szczęśliwe jamniki na kolanach. Ostatni raz, kiedy Hockney przedstawił smutnych ludzi pogrążonych we własnym przeciętnym życiu, było to w 1954 roku, kiedy namalował „The Launderette”. Do dzisiaj jest to jeden z jego najlepszych obrazów.

Podczas jednego z wywiadu wspomina Warhola i jego słowa mówiące, że nadejdą czasy, kiedy każdy będzie mógł być sławny przez 15 minut. Hockney uważa, że przyszłość maluje się jeszcze bardziej w ciemnych barwach, kiedy to nikt nie będzie sławny, ponieważ nie można być sławnym na YouTube. Każdy z youtuberów jest w stanie zgromadzić małą widownię, ale nie ma tam miejsca na masową publiczność. Więc jak może się to zdarzyć? – pytał w 2008 roku. Prawie dwadzieścia lat później wiemy, że nie każdy, a niektórzy są zdolni zawładnąć umysłami mas opowiadając o cellulicie, opadniętej skórze na pośladkach, morderstwach czy wystawiając swoje zdolności do przeżycia na próbę poprzez zakładanie sobie plastikowej torebki na głowę czy robiąc selfie na krawędzi przepaści.
Dzisiaj zagładą dla sztuki jest jednak czas, a właściwie jego brak. Fernand Braudel, francuski historyk pisał, że potrzebujemy patrzeć na świat, a zwłaszcza na sztukę z perspektywy „długiego czasu trwania”. Niestety, współczesny człowiek jest opętany „migawkowymi doświadczeniami”. Jego skupienie uwagi przypomina pięciolatka. Średnio stan znudzenia i frustracji następuję po 30 sekundach, góra po 2 minutach. Wystarczy wejść do jakiegokolwiek muzeum, aby przekonać się o tym na własne oczy. Na jeden eksponat/obraz, przeciętny widz poświęca średnio 10 sekund. Podchodzi, robi zdjęcie, odchodzi. I tak do kolejnego obrazu i kolejnej sali. Po wyjściu z muzeum, większość osób nie widziało obrazów inaczej jak poprzez obiektyw własnego iPhone’a. Ta obsesja pędu i krótkich ram czasowych nie dotyczy tylko sztuki, ale jest pułapką dla całego współczesnego świata. Od gospodarki po politykę. Wszyscy myślę z parogodzinnym wyprzedzeniem, nie zastanawiając się nad długotrwałymi konsekwencjami. Dzięki temu wybory polityczne wygrywają Ci, którzy nie patrzą w przyszłość.

Dla Hockneya prorok jest tylko jeden – Picasso. To, co go w nim pociągało, to jego antyfotograficzny sposób patrzenia na człowieka, a zwłaszcza na ludzkie twarze. Picasso zawsze chciał wejść głębiej, zedrzeć śmieszne maski poprawności i sztucznego piękna i dokopać się do pierwotnego mięsa tworzącego prawdziwego człowieka. Był malarzem tego, co niewidoczne i czyste. Nieskażone kulturą i obyczajami. Dlatego wielbią go pokolenia historyków sztuki, artystów, literatów, a jego wpływ na sztukę współczesną jest niekwestionowany. Nie znoszą go jedynie pensjonarki i amatorskie feministki wierzące w nieomylność swojej własnej moralności. – „Wielkie malarstwo ma zdolność ukazania nam rzeczy, których sami byśmy nie zauważyli” – mówi Hockney. Miałkie malarstwo pokazuje nam wszystko tak jak jest w rzeczywistości, nie pozostawiając w nas żadnych pytań ani wątpliwości. Paradoksalnie, taka jest właśnie twórczość tego niezwykle inteligentnego Brytyjczyka, który stał się bożyszczem prowincjonalnych znawców sztuki, a jego retrospektywa jedną z najnowszych atrakcji turystycznych Paryża.













Pani tekst o DH bardzo intereujący i śmialy. Niezależność sądów robi wrażenie. No i staje się dla mnie pewnym wyzwaniem do wlasnej oceny tego malarza. Bedę oglądał wystawę w poniedzialek, ciekawie przygotowany przez Panią