Marina Abramović bez wątpienia budzi i pewnie jeszcze będzie budzić wiele kontrowersji wśród osób, których sposób postrzegania świata jest całkiem inny. Zanim jednak przekreślimy Marinę, warto pamiętać, że choć jej doświadczenie i spektakl, który czyni ze swojego życia, na pierwszy rzut oka zdają się być niewygodne do oglądania, to ich celem nie jest zadawanie publiczności bólu. Wręcz przeciwnie. Drogą do katharsis.

Co z Tobą jest nie tak?

– Wszystko

Po stromych schodach swojej wyobraźni Marina Abramović zeszła do jądra ciemności, aby odnaleźć światło, które ona tylko mogła zobaczyć. By zmierzyć się z traumą, z którą żyła od lat. Aby odszukać w sobie zdolność do pamiętania inaczej. Aby bolało w sposób, który popychał ją do przodu, ale nie zatrzymywał. Marina kroczyła na przekór wszystkiemu, tocząc od lat wojnę z demonami przeszłości, które weszły do jej życia bez zaproszenia i nigdy nie chciały wyjść.

Trzy Mariny

– Nie ma jednej Mariny, lecz są Trzy – powie o sobie Abramović w swojej biografii Walk Through Walls. Marina, która Walczy, Marina, która szuka ukojenia w duchowości i mistyce Dalekiego Wschodu oraz Mała Marina z siniakami na duszy i ciele, która trzyma za gardła pozostałe Dwie, nie pozwalając im oddychać do końca. Zostaje tylko szczelina. Na tyle duża, aby się nie udusiły. Na tyle mała, aby każdy oddech był dla nich walką.

W pierwszej kolejności Marina potrzebuje sztuki dla siebie samej, a potem dopiero dla innych. To jej forma psychoterapii, którą uprawia na oczach innych ludzi. Poprzez swoje artystyczne, często prowokujące wystąpienia, tworzy przestrzeń do spotkania się z tym, czego się boi najbardziej. Kreuje jednocześnie miejsce, w którym każdy z nas ma szansę spojrzeć prosto w oczy swoim własnym demonom i mieć odwagę, aby odwrócić od nich wzrok odzyskując tym samym utraconą wolność

Sztuka musi niepokoić, poruszać. Sztuka musi zadawać pytania, musi przewidywać przyszłość. Jeśli jest polityczna, staje się jak gazeta. Może być użyta tylko raz, następnego dnia będzie już nieaktualna. Tylko sztuka wielopoziomowa, dająca kilka możliwości do interpretacji, może trwać długo. Ludzie będą z niej brali to, czego potrzebują.

Mała Marina

Marina Abramović urodziła się 30 listopada 1946 roku w Belgradzie, stolicy Jugosławii, w rodzinie, która z racji swojej przynależności politycznej, cieszyła się dużymi przywilejami. Zarówno jej ojciec – Vojin Abramović, jak i matka – Danica Rosić, byli w komunistycznej Jugosławii uznawani za bohaterów wojennych i obsadzeni na rządowych stanowiskach. Danica, która ukończyła historię sztuki w Szwajcarii i pochodziła z zamożnej rodziny, przez wiele lat stała na czele Muzeum Sztuki i Rewolucji w Belgradzie, a swoje zainteresowania sztuką starała się przekazać córce. Na tym polu okazywała jej, oczywiście do czasu, pełne wsparcie. Marina jednak oczekiwała od niej czegoś zupełnie innego: czułości, miłości, dotyku – tego, co rodzice zwykle dają swoim dzieciom, nie zastanawiając się przy tym zbytnio, czy to odruch naturalny, czy sztuczny. Marina nigdy tego nie otrzymała. I ten pierwotny brak, będzie potem starała się nadrobić, zarówno w pępowinowych relacjach z mężczyznami jak i poprzez prowokacje w sztuce, przesuwając granice tego, co dla wielu będzie zamachem na ich własny system wartości.

Dlaczego nigdy mnie nie pocałowałaś? – zapyta Marina swoją matkę, wiele lat później, robiąc z nią wywiad do jednego ze swoich artystycznych przedstawień – Nie chciałam Cię zepsuć – usłyszała w odpowiedzi.

Małżeństwo Voijn i Danici przypominało front wojenny. Było przepełnione przemocą, zarówno słowną, jak i fizyczną. Dwoje uwikłanych w siebie ludzi, krzywdziło się wzajemnie, z taką pasją, z jaką powinni obdarzać się miłością. Obydwoje poharatani przez wojnę, cierpiący na syndrom post traumatyczny, sypiali z nabitymi karabinami, które kładli na nocnych stolikach. Zawsze gotowi, aby walczyć i zabijać. Nie potrafili też stworzyć żadnych relacji ani ze sobą, ani ze swoimi dziećmi. Marinę odrzucili zaraz po jej urodzeniu. Wpierw mentalnie, potem fizycznie, oddając ją na przechowanie do babci, tak jak oddaje się niepotrzebne przedmioty, na które nie ma miejsca w domu. Odebrali Marinę po 6 latach. Miłości uczyli się na synu, który przyszedł na świat, cztery lata później, co nie zmieniło ich chłodnego stosunku do córki i spartańskiego sposobu, w jaki ją wychowywali.

Komuniści przechodzą przez ściany. Mają determinację Spartan. Trudno zrozumieć postrzeganie świata Danici i sposobu, w jaki wychowywała Marinę.

Dom rodzinny Abramović jest więc domem pełnym strachu i niepewności. Jest miejscem, w którym nie czuła się ona bezpiecznie. Był bowiem przestrzenią, w której żyły duchy, zmory i cienie przeszłości.  To poczucie nieustannego lęku i zagrożenia weszło, w każdą komórkę Mariny. Lęk się nią, a ona nim.

– To nieprawdopodobne jak poprzez zachowania twoich rodziców oraz otaczających cię ludzi, latami nabudowuje się w tobie strach. Na początku, gdy się rodzisz, nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo jesteś niewinny – napisze w swojej biografii Marina, patrząc na swoje życie z perspektywy dojrzałej kobiety.

Otaczająca rzeczywistość stała się dla niej zbyt bolesna, dlatego uciekła w sny i marzenia.

Mój pierwszy obraz był o snach. Nie lubiłam swojej rzeczywistości – powie Marina w jednym z kolejnych wywiadów. Obrazy małej Mariny powstawały rano, zaraz po przebudzeniu, kiedy sny wydawały się być bardziej realne niż brzask zza oknem.

Marina najpierw je zapisywała, a potem malowała używając jedynie dwóch kolorów: zieleni oraz błękitu. Wolność ekspresji to jedyne, co było jej dane i za co nie była w domu karana. Permanentny brak czułości ze strony rodziców, spowodował, że nie nauczyła się ona nawiązywać zdrowych relacji z ludźmi. Nauczyła się jedynie relacji z przedmiotami, traktując je jako substytut utraconych, lub też nigdy niedoświadczonych emocji. Jedyne uczucie, do którego udało się jej przyznać, to uczucie „zawstydzenia”. Zawstydzenia sobą samą, którą uważała za nieatrakcyjną, zawstydzenia swoją rodziną, w której nikt nie rozmawiał i każdy walczył ze sobą i na końcu zawstydzenia swoją ojczyzną i tym, co się w niej wydarzyło.

Pierwszą lekcję o tym, czym jest sztuka, dał czternastoletniej Marinie, Filo Flipović – belgradzki artysta i partyjny kolega jej ojca. Pewnego dnia przyszedł do jej domu, pociął płótna na kawałki i położył je na podłodze. Następnie otworzył puszkę z klejem, który rozlał na płótna. Posypał je również odrobiną piasku oraz żółtym i czarnym pigmentem. Po czym wylał na to, pół litra benzyny i podpalił wywołując eksplozję, – To jest właśnie zachód słońca – powiedział i wyszedł. To uzmysłowiło Marinie, dlaczego doświadczenie sztuki jest tak istotne, jak również, że proces tworzenia jest ważniejszy niż rezultat.  Doświadczenie, które, było w pewien sposób udziałem Yvesa Kleina, który powiedział kiedyś – Moje obrazy są niczym innym, jak tylko prochami mojej sztuki”.

Marina jednak nie oddała swojego serca jednowymiarowej sztuce, jaką jest malarstwo. Poszła w innym kierunku. Pewnego dnia spojrzawszy na bezchmurne niebo zobaczyła dwanaście wojskowych jetów, które pojawiły się na kilka sekund, tylko po to, aby zniknąć, zostawiając po sobie białą smugę – jedyny ślad swojej obecności. Ale przecież i on zniknie, zaś niebo odzyska swoją czystość i stanie się jeszcze bardziej niebieskie.  W tej właśnie chwili, Marina zrozumiała, że sztuką może być wszystko, że można ją tworzyć z dowolnych materiałów, a nawet używając własnego ciała, słowa i gestu. Że nie ma tutaj żadnych ograniczeń. Zobaczyła, że bycie artystą oznacza niekończącą się wolność.

– Wolność to jedyna rzecz, której zawsze pragnęłam – powie Marina, wiele lat później, wspominając to zdarzenie z myśliwcami i wierząc, że przyjdzie czas, kiedy Mała Marina przestanie trzymać ją za gardło.

Marina Metafizyczna

Pod koniec lat 70. na zaproszenie European Dialogue Biennale w Sydney, Marina po raz pierwszy przyjechała do Australii. Ale ona chciała czegoś więcej niż tylko udziału w Biennale. Chciała udać się na Wielką Pustynię Wiktorii i spotkać się z Aborygenami. Chciała słuchać historii, podobnych do tych opowiadanych przez Sekelj Tibora, słynnego węgierskiego antropologa, mieszkającego w Jugosławii, którego wykłady fascynowały Marinę i który, w pewien sposób, stał się dla niej inspiracją, aby odbyć podróż – na swój sposób – w głąb siebie. By powrócić, w swojej wyobraźni, do początku stworzenia świata.

Marinę fascynował tzw. „Dreamtime” – koncepcja, wedle której, proces kreacji istnieje jednocześnie w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, a Kreatorzy Świata podróżują nieustannie przez czas i przestrzeń, nie ustając w tworzeniu świata. Aborygeni doświadczają ich obecności zarówno w snach jak i życiu. Dwa lata po Biennale Marina powróciła jeszcze raz do Australli, aby odbyć roczną podróż, ze swoim ówczesnym partnerem – Ulayem, fotografując i spotykając się z plemionami Aborygenów. Marina Abramović zaczęła wtedy, swoją duchową podróż, która trwać będzie przez kolejne 25 lat i zaprowadzi ją jeszcze do Tajlandii i Tybetu, gdzie będzie pracowała z mnichami przez wiele lat, adaptując do swych późniejszych prac ich filozoficzny dualizm. wyrażający się w przeciwstawnych koncepcjach takich jak: świadomość/podświadomość, duchowość/cielesność, pasywność/aktywność oraz życie/śmierć. Będzie również, przez całe swoje życie podróżować do miejsc, które według lokalnych wierzeń, przepełnione są energią. Jej fascynacja szamanizmem zaprowadziła ją w latach dziewięćdziesiątych do Brazylii, w której poszukiwała „kryształowych jaskiń”. Pewnego rodzaju klamrą zamykającą ten okres jest nakręcony przez nią dokument „The Space In Between: Marina Abramović in Brazil”, którego premiera miała miejsce w 2016 roku. Marina, aby stworzyć ten film, przemierzyła sześć tysięcy kilometrów przez 6 stanów, biorąc samemu udział lub tylko obserwując wiele rytuałów. Począwszy od ceremonii ayahuasca, poprzez candomblé na  voodoo kończąc.

Na Wielkiej Pustyni Wiktoria, Marina po raz pierwszy doświadczyła tego, co oznacza bezruch. Całkowite zatrzymanie się, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Wejście w niewygodną przestrzeń bycia z samym sobą, zmuszenie ciała do ekstremalnego wysiłku, który polega na tym, aby nic nie robić. To wbrew naturze człowieka, który zawsze powinien być w ruchu. Lekcja, której udzieliła jej pustynia to: nie jedz, nie mów i nie ruszaj się. I te trzy elementy, będą towarzyszyć w jej późniejszych działaniach, wynosząc jej nazwisko na szczyt drabiny współczesnych artystów. Marina, od tamtej pory, zawsze będzie pościć przed swoimi wystąpieniami, czasem nawet przez kilkanaście dni.

To właśnie tam w Australii, Marina i Ulay, wpadli na pomysł, aby przemierzyć Wielki Mur Chiński. Przejść go razem, ale tak naprawdę osobno.  Zaczynając z dwóch różnych stron, aby następnie spotkać się w połowie drogi. By odbyć podróż w samotności, na końcu której czeka jednak ktoś bliski. W 1988 zrealizowali ten projekt, chociaż jego przebieg, a co ważniejsze rezultat, był zupełnie inny od zamierzonego.  Wraz z końcem tamtego projektu zakończył się bowiem ich dwunastoletni związek.

Doświadczenie pustyni i jej metafizyki Marina wykorzysta w Gold Found by the Artists  (1981), którego tytuł jest metaforą nawiązującą również do spotkania z Aborygenami. Po raz pierwszy, performance został pokazany w The Art Gallery of New South Wales w Sydney. Marina i Ulay siedzieli wtedy w bezruchu i w milczeniu przy stole, na którym znajdował się złoty bumerang. W pewnym momencie pojawił się na scenie pyton Zen – symbol życia i prokreacji. Nie spowodowało to jednak, żadnej zmiany w zachowaniu artystów. Ten wykańczający fizycznie i psychicznie performance, trwał 16 dni.

Doświadczyłam wtedy wyjścia poza przestrzeń, rozumiejąc, że pustka jest prawdziwa. Twarze ludzi są tylko projekcją. Ja byłam przestrzenią. Ból ciała, nie miał znaczenia” – opisze to doświadczenie Abramović.

Marina Wojowniczka

– Podczas moich występów ból i strach, zamieniają się w coś innego. W moich działaniach, poprawiam przeszłość, zmieniam siebie w kogoś niezależnego i silnego. Wszystko co robię, to po to, aby udowodnić, że mogę to zrobić sama, że nie potrzebuje nikogo. Ale to nieprawda – te słowa wypowiedziane przez siedemdziesięcioletnią Marinę, chyba w najlepszy sposób tłumaczą, jaką należy przyjąć perspektywę patrząc na jej dorobek, aby zobaczyć wszystko, a nie tylko trochę lub prawie nic.

Marina w swoich wystąpieniach nie gloryfikuje cierpienia ani bólu, choć te elementy są tam zawsze obecne. Abramović przesuwa granicę wyznaczoną przez tradycyjne rozumienie estetyki, stając niejednokrotnie na krawędzi szaleństwa. Mimo, że dokonuje pewnego rodzaju zamachu na swoje ciało, nie jest ona jego wrogiem. Traktuje je jako narzędzie do poznania czegoś, co jest poza nim. Marina nie ma innego wyjścia jak tylko podążać w głąb siebie, gdyż tam jest wszystko, co sprawiło, że jest tym, kim jest. To doświadczenie nieustannego wchodzenia „wewnątrz”, towarzyszy jej od wczesnych lat. Abramović konfrontuje się tam ze sobą samą, ale także z uniwersalnymi pojęciami, które są udziałem każdego z nas, dzięki temu jej doświadczenia, mogą być rozumiane przez ludzi na całym świecie.

Dałaś nam tak mało, ale na końcu wyniosłam tak wiele” – powiedziała Marinie jedna z osób, które brały udział w jej The Artist is Present, wystawianym w 2010 w MoMa w Nowym Yorku.  Podczas tych 715 godzin performance, udało się Marinie zaangażować w medytacje z nią ponad 1500 osób, które przyszły do muzeum, a także setki innych, które uczestniczyły w tym wydarzeniu online. Podczas The Artist is Present, Marina siedziała przy pustym stole, w białej sukience, w całkowitym bezruchu. Na przeciw niej, stało krzesło przeznaczone dla każdego, kto chciał na nim usiąść i spojrzeć Marinie w oczy. Nawiązać z nią nić porozumienia. Spojrzeć na nią i przez nią na własne życie. Opowiedzieć jej o własnym bólu, nic jednak nie mówiąc. Przyjąć jej zaproszenie do medytacji. Do odbycia podróży w głąb własnej duszy. Do wyjścia poza „bezpieczną strefę”, w której na co dzień żyjemy i do której nikt nie ma wstępu, nawet my sami. Ale to wydarzenie, nie było tylko „dla publiczności”, ono było również „dla Mariny”. Było kolejną próbą uzdrowienia traumy dzieciństwa, o którym powie podczas wywiadu telewizyjnego w 2013 roku: – Wiele badań dowodzi, że kiedy matka spogląda na niemowlę z miłością to powoduje, że jego późniejsze życie emocjonalne będzie stabilne. Wy znacie moje życie. Wiecie, jak moje dzieciństwo było traumatyczne.  Dlatego też, te wszystkie spojrzenia miłości, którymi obdarzyła mnie publiczność podczas moich performances, znaczą dla mnie wiele. Są one tym, czego nigdy nie otrzymałam od swojej matki.

Marina Abramović bez wątpienia budzi i pewnie jeszcze będzie budzić wiele kontrowersji wśród osób, których droga i sposób postrzegania świata jest całkiem inny. Zanim jednak przekreślimy Marinę, warto pamiętać, że choć jej doświadczenie i spektakl, który czyni ze swojego życia na pierwszy rzut oka zdają się być niewygodne do oglądania, to ich celem nie jest zadawanie publiczności bólu. Wręcz przeciwnie. Drogą do katharsis.

Refleksje na podstawie, Marina Abramović, Walk Through Walls A Memoir, 2016

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj