Większość malarzy początki ma słabe. Z czasem ich twórczość nabiera kształtu i odpowiedniej ciężkości, która zaważa na ich sukcesie lub porażce. Wyjątki od tej niepisanej reguły są dwa: Francis Bacon i David Hockney. Ten pierwszy, nigdy nie miał początku, ani nawet końca. Był ciągłą linią doskonałości. W jego twórczości trudno doszukać się okresu opierzenia, w którym, koślawą ręką próbowałby wyrazić coś większego niż on sam. Bacon bowiem, niczym meteoryt, wtargnął w świat sztuki będąc już gotowym produktem. Zrewolucjonizował malarstwo portretowe do tego stopnia, że trudno teraz zachwycić się statycznym malarstwem, kiedy wiemy, że można je wprowadzić w ruch.

Drugim przypadkiem jest David Hockney, jego młodszy kolega, którego okres świetności, paradoksalnie, przypada właśnie na początek jego twórczości. Jest wtedy odważny, drapieżny i w pewien sposób pełny. Potem następuje katastrofa. Staje się infantylnym malarzem rysującym przejaskrawione pejzaże, kwiatki w wazonie i jeszcze bardziej nudne portrety, o jamnikach nie wspominając. Lata 60-te, to czas, w którym dwudziestoparoletni David sprzedaje swoje obrazy za 5 funtów. Ale sprzedaje je od razu, bo Hockney od początku był skazany na komercyjny sukces. Nawet wtedy, gdy cały czas poszukuje swojej malarskiej drogi, rynek reaguje nad wyraz szczodrze. To właśnie wtedy powstają takie obrazy jak „The Cha Cha that was Danced in the Early Hours of 24th March 1961,” „I’m in the Mood for Love” (1961) czy „The Hypnotis (1963)”, wobec których nie sposób przejść obojętnie.

Kiedy w Paryżu turyści i amatorscy krytycy sztuki rozpływają się na jego retrospektywą, w Londynie trwa wystawa w galerii Hazlitt Holland Hibbert, na którą nie trafiają przypadkowi przechodnie. Zatytułowana „In The Mood For Love”, pokazuje obrazy z lat 1960-63, czyli z czasów, kiedy Hockney malował dla sztuki, a nie dla pieniędzy.
Kuratorem wystawy jest Louis Kasmin wnuk Johna Kasmina, pierwszego marszanda, który rozpoznał talent Hockneya, podczas gdy ten studiował jeszcze na Royal College of Art (RCA). To on, w młodym chłopaku „znikąd”, dostrzegł talent światowego formatu. I nie pomylił się.

Jego wnuk tak opisuje dwa główne motywy przewodnie wystawy: „Obrazy z serii Love, które przypominają graffiti – są falliczne i bezpośrednie, z widniejącymi na nich, takimi wyrazami jak „wstyd” czy „queer”. Następnie przechodzimy do bardziej figuratywnego podejścia, w którym Hockney zaczyna przedstawiać kluczowe osoby w swoim życiu takie jak Peter Crutch”.

Dla osób kojarzących Hockney’a z cukierkowatym malarstwem pozbawionym wszelkich emocji, które w każdym, kto choć trochę zna się na sztuce, wywołuje odruch mdłości, obejrzenie jego wczesnych prac będzie z pewnością estetycznym szokiem. Zamiast kwiatków i drzewek mamy rozmazane sylwetki oraz penisy, wokół których artysta buduje swoją narrację. Zamiast banalnych kresek, znanych z choćby obrazu „A Bigger Splash”, mamy tutaj prace pełne emocji i energii, które dalekie są od matematycznych form. Nagle widzimy Hockneya, który jest ultra-ekspresyjny i ultra-prawdziwy.

David Hockney tworzył w czasach, kiedy homoseksualizm był w Wielkiej Brytanii nielegalny. Mimo to podziemna kultura gejowska ze swoją siedzibą główną w Colony Room, kwitła. Do sztuki przenikała pod postacią kodów i metafor, co widać na obrazach młodego Hockneya. Ogromny biały fallus zanurza się w wielkiej plamie brązu na „Erection” (1960), a inny przebija białą płaszczyznę w „Shame” z tego samego okresu. Obejmujący się mężczyźni w „We Two Boys Clinging Together” (1961), czy też drżąca postać w „Composition” (1962) z napisem „queen” wykaligrafowanym na jej plecach, to prace pełne ekscytacji z budzącej się w artyście seksualności i fascynacji męskim ciałem. Hockney, w tamtym czasie, odkrywał niejako na nowo swoją cielesność, a zwłaszcza homoseksualność, która podobnie jak sztuka, była dla niego terenem eksperymentów i poszukiwań.

Dla Hockneya – chłopca z zapyziałego Bradford, London był nie tylko innym miastem, ale i zupełnie inną planetą, na której nie ma rzeczy zakazanych poza przeciętnością i głupotą. Wchodzi więc coraz bardziej świadomie, w dialog ze swoim ciałem. Pożądanie, fizyczność, cielesność, zmysłowość, orgazm – to był jego świat. I ten świat widać w jego pracach. Odbija się w nich cały emocjonalny mikrokosmos, z którym zmagał się na co dzień. W latach 60-tych, Hockney jest chodzącą bombą gotową do detonacji. Jest mieszanką prowincji, z której się wywodzi i londyńskiej bohemy, do której aspiruje. W malarstwie jest odważny, choć nie do końca oryginalny. Jego prace są echem “gryzmołów” Twombly’ego, rozmazanych figur Bacona, i „bałaganu” Rauschenberga. Mimo to jest w nich słyszalny jego własny głos, który niestety bardzo szybko zostanie zagłuszony przez słonecznego bożka komercjalizacji.

Lata 60-te to czas Pop Art, Op Art, Minimalizmu i Sztuki Konceptualnej. Hockney nie odnajduje się w żadnym z tych ruchów. Szuka swojego miejsca i znajduje je w najmniej oczywistej formie i miejscu – Kalifornii.
Być może amerykańskie plastikowe podejście do piękna, które stało się motywem przewodnim jego największych aukcyjnych hitów, jest jego sposobem odreagowania na powojenny szaro-bury krajobraz Anglii. Auerbach, Kossoff, Bacon, Freud – oni wszyscy tworzyli w tym samym czasie, w przeciwieństwie jednak do Hockney’a, dokonywali penetracji ludzkiej duszy i okaleczonego miasta – Londynu. Dokonywali życiodajnej destrukcji, która do dzisiaj karmi kolejne pokolenia artystów. Hockney poszedł w innym kierunku. Zamiast głębokiej humanistycznej introspekcji, udał się w kierunku sitcomowej rzeczywistości, w której wszystko jest udawane, nawet śmiech. Stał się malarzem na miarę Disneya wmawiającego ludziom, że świat jest piękny, wolny od cierpienia i nas wszystkich czeka szczęśliwe zakończenie.

Jego malarstwo, niosące za sobą przedszkolną wiarę w bajkową utopię, nadal uwodzi masy, które patrząc na jaskrawo zielone pejzaże, kalifornijskie życie wyjęte prosto z amerykańskiego serialu, czuje błogi spokój, porównywalny jedynie z ich ostatnią wizytą w McDonlad’s, gdzie menu jest proste i niezmienne od lat, a spożywanie produktów udających jedzenie nie wymaga nawet gryzienia. Wszystko jest miękkie i gotowe do bezwysiłkowego trawienia. Co prawda skutkiem ubocznym są potem obwisłe brzuchy i monstrualne uda, ale kto by na to zwracał uwagę. Wszak dzisiaj słowo „grubas” jest na cenzurowanym, tak samo jak sztuka wymagająca myślenia.

Wystawa „In The Mood For Love” nie tylko daje możliwość zobaczenia prac Davida Hockneya, które z racji, iż należą do prywatnych kolekcji, rzadko kiedy pokazywane są publicznie, ale przede wszystkim ukazuje nam artystę, a nie produkt marketingowy, którym stał się obecnie.
“David Hockney In the Mood for Love: Hockney in London, 1960-1963”, Hazlitt Holland-Hibbert, Londyn do 18 lipca 2025












