Nagle go zobaczyłem. Stał tuż obok drogi. Szare światło wczesnego brzasku pełzało po jego brunatnej sierści, czyniąc na jego ciele niesamowite gry cieni. Przez moment miałem wrażenie, że to fatamorgana, iluzja drgającego powietrza, a może smuga na trawie? Ale kiedy się ruszył, a właściwie tylko drgnął, wtedy ujrzałem go w pełnej krasie. Lew. Srebrna grzywa, opadała mu prawie do samej ziemi. Jedno ucho miał naderwane, opadało się na obie strony, kiedy przekrzywiał łeb. Może w walce z rywalem o panowanie nad stadem, natrafiła mu się ta kontuzja? Dodawała mu męskości i dzikiego piękna.

Kenya, Tsavo, fot. Tomasz Rudomino, 1998

Takie było moje pierwsze spotkanie z Tsavo, legendarną krainą, o której za sprawą pułkownika Johna Henry Pattersona, usłyszał cały świat. W Tsavo wszystko wydało się mi piękne i niezwykłe. I szeroka równina, która nigdy nie miała końca i spotkania z drapieżnikami w jasne księżycowe noce. Dzika swoboda, falujący obraz nierzeczywistej natury. A może – tak jak powieści Karen Blixen – tak naprawdę zachwycił mnie ten świat, dlatego, że widziałem go po raz pierwszy. Wtedy właśnie, dostałem w prezencie książkę „The End of the Game”. Czekała na mnie na stole w namiocie Satao Camp, gdzie przez kilka dni przebywałem, aby podpatrywać słonie idące do wodopoju. Książkę napisał Peter Beard i było to moje pierwsze spotkanie z tym wybitnym fotografem.

Peter Beard,

W swojej książce Beard zamieścił zdjęcia żywych słoni, a także gnijących ciał i opuszczonych szkieletów zwierząt, które, jak twierdził, umarły z głodu lub zostały zabite. W każdym kolejnym wydaniu dodawał więcej zdjęć szczątków słoni.

W samo południe, powietrze nad Tsavo ożywało jak płonący ogień, iskrzyło, falowało i błyszczało jak wodne kaskady, na kształt zwierciadła odbijało i podwajało wszystkie przedmioty. Słonie w Tsavo od dawna tkwiły w tym pejzażu jak góry, drzewa i rzeki. Widziałem je. Gromady idących, długim rzędem słoni, zdążających do wodopoju. Niektóre wyglądały jak gigantyczne rzeźby z kamiennych bloków. Masywne i posągowe. Wynurzały się z gęstwiny buszu jedno po drugim. Czyż Tsavo nie było warte, aby dla niego zrezygnować z dostatków cywilizowanego świata? Karen Blixen, opisując polowanie na słonie przyznała, iż było to dla niej przeżycie warte każdego poświęcenia, każdej sprawy, od której mogły zależeć jej losy.

Kenya, Tsavo, fot. Tomasz Rudomino, 1998

Była też w Tsavo krwawa tradycja. Kiedyś zabijano tam dziennie do piętnastu słoni. Ich wspaniały oręż – cenne kły – kosztowały utratę życia. Pewnie słoni już by nie było w Tsavo, jak nosorożców czy niektórych gatunków antylop, gdyby nie Rangersi – smutna rzeczywistość parków narodowych w Kenii. Ale oni pojawili się tam na samym końcu. Najpierw byli kłusownicy. Wczesnym rankiem podjeżdżali pod stado i strzelali z karabinów maszynowych, aż wszystkie sztuki padały. Z martwych, a niekiedy tylko rannych zwierząt wycinali kły. Przy życiu pozostawały tylko małe. Nie stanowiły one żadnej wartości dla kłusowników. Ale małe słoniątka słyszały krzyk umierających rodziców i zapamiętały ludzi strzelających z samochodów.

Memorandum prezydenta Moi spowodowało zahamowanie kłusownictwa. A słonie zapamiętały rzezie. Biada temu, kto na czas nie zdąży uciec przed idącym stadem. Ciała martwych słoni stały się głównym tematem zdjęć Bearda. Były swoistą przestrogą. Książkę wydał w 1965 roku. Zdjęcia obiegły cały świat.

Kenya, Tsavo, fot. Tomasz Rudomino, 1998

Kiedy zmarł Francis Bacon, w jego pracowni znaleziono prawie dwieście makabrycznych fotografii zwłok słoni. Ich autor wpędził artystę w serce ciemności. Zostały one przekazane jemu przez Petera Bearda, który wiele z nich wykonał z samolotu lecącego nisko nad sawannami i buszem w Kenii. Obaj mężczyźni prowadzili ożywione rozmowy na temat tych zdjęć przedstawiających te wielkie, szare giganty, powoli gnijące w afrykańskim słońcu i zamieniające się w pomniki z białych kości. Zainspirowały one niektóre z najbardziej przejmujących przemyśleń Bacona na temat sztuki i życia.

Francis Bacon, Peter Beard

Peter Beard wspomina: Pojawiłem się na jednym z jego wernisaży w Marlborough Gallery w Londynie, gdzie stał w kolejce do powitania gości, a ja po prostu powiedziałem: „Cześć, jestem Peter Beard”. Odpowiedział: „Wiem, kim jesteś”. Miałem ogromne szczęście, że właśnie kupił moją książkę „The End of the Game” i zainteresował się słoniami skazanymi na zagładę. Nie tracił czasu i zaprosił mnie do swojego studia przy 7 Reece Mews. Na podłodze leżało mnóstwo moich zdjęć dzikiej przyrody, wszystkie pokryte plamami farby. Miejsce to przypominało pryzmy kompostu. Na ścianach wisiały strony katalogów z jego pracami – powiedział, że kiedy pada na nie słońce, jego stare obrazy wydają mu się jak nowe. Kiedy po raz pierwszy tam poszedłem, pracował nad środkowym panelem tryptyku zatytułowanego „Sweeney Agonistes” – sceną morderstwa w przedziale pociągu – a ja miałem ze sobą aparat polaroidowy i zrobiłem kilka zdjęć. Później powiedział mi, że oglądanie tych polaroidów dało mu świeże pomysły dotyczące kolorów i kształtów. Nawiasem mówiąc, jestem jedyną osobą, której Bacon kiedykolwiek pozwolił fotografować swoje prace w trakcie tworzenia.

Francis Bacon na tarasie pracowni przy Narrow street, fot. Peter Beard

Sfotografowałem jego obraz zatytułowany „The Last Man on Earth”, który następnie zniszczył tej samej nocy – wrócił do domu pijany i zamalował go. Mam więc jedyne istniejące zdjęcia tego obrazu przed zniszczeniem, na których on stoi w otwartych drzwiach, wymachując gniewnie pędzlem. Namalował mnie w latach 1975–1978 – cztery tryptyki i wiele pojedynczych obrazów, głowy. Nikt nigdy nie pozował Baconowi – malował wyłącznie na podstawie zdjęć i swojej wiedzy o mnie. W jednym z tryptyków moja ogolona głowa z więzienia Kamiti znajduje się po prawej stronie – oto ja, wyglądający jak pierwszy Conehead. Na środkowym panelu widnieją sępy z mojej książki o krokodylach, Eyelids of Morning, żerujące na zwłokach – coś w rodzaju Prometeusza, wraz z muszlą klozetową pełną krwi. A po lewej stronie znajduje się łysy lekarz z słoniem na kolanach. To jedno z najważniejszych dzieł Bacona. Powiedział, że w panelu z ogoloną głową użył tego samego odcienia niebieskiego, który był na obręczy limuzyny, w której zamordowano Johna Kennedy’ego.

Francis Bacon, studium do portretu Petera Bearda, 1975

Na kilka dni przed swoją śmiercią Bacon poleciał do Madrytu. Jego lekarz dr Paul Brass ostrzegał przed tą podróżą. Mówił, że jest zbyt chory. Ale Bacon się upierał. Chciał odkupić tryptyk przedstawiający Petera Bearda od swoich przyjaciół Any Gamazo i Juana Abello, znanych kolekcjonerów sztuki. A potem miał umówione spotkanie w Paryżu z Gérardem Régnier, w sprawie wystawy „The Body on the Cross” w Muzeum Picassa. To było jego ostatnie wielkie marzenie. Mieć wspólną wystawę z Picasso. Do Madrytu poleciał Iberią. Z lotniska odebrał go José Capelo, jego kochanek. Pojechali prosto do Bar Cock. Ale wyjazd do Madrytu okazał się ostatnim w jego życiu. Bacon poczuł się źle, Capelo zabrał do swojego lekarza Louisa Rodrigueza, a ten zalecił badania w Clinica Ruber. Spędził tam cztery dni. 28 kwietnia 1992 roku o 8:30 rano nagle zmarł. Jego ciało zostało skremowane przy cmentarzu Almudena.

Peter Beard

Pełne emocji zdjęcia martwych słoni autorstwa Bearda zostały pokazane w Ordovas Gallery w Londynie, obok wielkiego dyptyku fotografa autorstwa samego Bacona, zatytułowanego „Two Studies for Portrait” i zawierającego niemal identyczne obrazy. Czarna pustka, w której izolowana jest twarz Bearda, zajmuje część jego twarzy. Jego lewy policzek zniknął, a usta są zakrwawione. Ten podwójny portret, namalowany w 1976 roku, został zainspirowany fotografiami żołnierzy z pierwszej wojny światowej z przerażającymi ranami twarzy. Jest to dobry przykład tego, jak Bacon pozwolił fotografiom „uwolnić” swoje myśli.

Kenya, Tsavo, fot. Tomasz Rudomino 1998

Praca ujawnia także uczucia Bacona wobec mężczyzny, którego kochał. Uroda fotografa jest widoczna na portrecie, pomimo zniekształcenia. Choć spotkali się w 1965 roku, to ich związek nasilił się po 1972 roku, kiedy Bacon próbował dojść do siebie po katastrofalnym związku z George’em Dyerem. W 1971 roku Dyer został znaleziony martwy z powodu przedawkowania narkotyków w toalecie hotelu, w którym zatrzymał się wraz z Baconem, tuż przed otwarciem retrospektywy w Grand Palais, która miała zapewnić Baconowi reputację największego malarza figuratywnego od czasów Picassa.

Sztuka Bacona w latach 70. jest jednym, długim wyrazem żalu po tej stracie, nie tylko w przedstawieniach kochanka, ale także w serii pełnych rozpaczy autoportretów. Nagle, w środku tego cierpienia, zaczyna portretować Bearda. I widać, jak pojawia się coś w rodzaju radości. Jest zakochany. Jeden z przyjaciół zauważył, że Bacon miał „słabość” do fotografa. Portrety mówią bowiem wszystko.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj