Przypadek Gwen John obala wszystkie mity dotyczące dyskryminacji kobiet w sztuce. Stoi w kontrze do powszechnie panującej opinii, podsycanej przez tabloidowe psudofeministki, że kobiety artystki były spychane przez męskich szowinistów na margines historii i że teraz nadchodzi czas, aby wydobyć je z mroków zapomnienia, posadzić na piedestale i przywrócić należną im sławę.

Problem w tym, że Gwen nie ma z czego wydobywać, bo nigdy nie była w cieniu. Wręcz przeciwnie, to ona „przyćmiewała” swojego, o wiele bardziej zresztą zdolnego brata, Augustusa i to do tego stopnia, że ten, półżartem półserio mówił, że jeżeli kiedykolwiek przejdzie do historii sztuki to tylko jako „brat Gwen”. Tak się jednak nie stało i Augustus cieszy się całkiem dobrą pozycją, a jego twórczość nadal znajduje swoich wielbicieli.
Z Gwen John sytuacja jest dość złożona, a jej sukces nie do końca zrozumiały. Kiedy patrzymy na jej obrazy, widzimy, że jej malarstwo jest technicznie poprawne, ale poza tym całkiem przeciętne. Nie wnosi niczego nowego do kanonu malarstwa portretowego, nie wywraca go o 180 stopni jak zrobili to malarze pokroju Bacona, Freuda czy Neel. Mimo to jej nazwisko pojawia się w każdym podręczniku do historii sztuki, a jej prace były wielokrotnie pokazywane za jej życia na wystawach w Londynie, Paryżu oraz Nowym Jorku.

Warto tutaj podkreślić, że jej sukcesem stoi trzech mężczyzn: jej brat Augustus John, Auguste Rodin oraz John Quinn. Ten pierwszy, od początku dostrzegał jej talent i to za jego namową Gwen zaczęła studiować malarstwo. To on też zapoznał ją z Johnem Quinnem, amerykańskim prawnikiem, jednym z najważniejszych kolekcjonerów sztuki nowoczesnej i awangardowej swojego pokolenia, który stał się potem jej głównym patronem i kreatorem jej kariery w Stanach Zjednoczonych. Quinn był znaną postacią w kręgach postępowej sztuki nowojorskiej, pomysłodawcą projektów promujących artystów awangardowych. Jego monumentalna kolekcja liczyła 2500 obrazów, prac na papierze i rzeźb, autorstwa ponad 150 europejskich i amerykańskich artystów, które eksponował w swoim apartamencie przy Central Park West. W 1920 do jego kolekcji dołączyła Gwen.

Jej romans z dużo starszym od niej i słynnym rzeźbiarzem Auguste Rodin z pewnością otworzył przed nią nowe, zawodowe możliwości, ale też, do pewnego stopnia, ukształtował ją jako kobietę i malarkę. Rodin wiedział, że John miała talent. Nie negował tego, wręcz przeciwnie, podpowiadał, co powinna czytać, aby karmić swój umysł. Gwen chłonęła wszystko, co mówił. Jej stosunek do Rodina był wynikiem toksycznej wręcz obsesji jaką miała na jego punkcie. Słuchając jej można było odnieść wrażenie, że dąży ona do duchowego „pożarcie” artysty. Była uzależniona od jego obecności, głosu, dotyku. Wysyłała do niego kilkanaście listów dziennie. Były one dziecinne i niezgrabne, trochę jak ona sama. Być może dlatego, że pisane były po francusku, który nie był jej ojczystym językiem, a może po prostu jej infantylizmu, którego nie dało się ukryć. Z każdym dniem, Gwen chciała więcej i więcej obecności Rodina w swoim życiu. Nie wystarczyło jej pozowanie dla niego ani potajemne schadzki w pokoju na poddaszu. Była zachłanna i niezaspokojona, co z początku schlebiało Rodinowi, ale bardzo szybko zaczęło męczyć. To, że był on żonaty, w niczym jej nie przeszkadzało. – „Wystarczy, że będziemy codziennie razem” – mówiła. Była przy tym chorobliwie zazdrosna o każdego, kto się do niego zbliżył. Modelki, przyjaciół, znajomych. Chciała go mieć tylko dla siebie. Gdyby Gwen była mężczyzną, współczesne feministki szybko okrzyknęłyby ją przemocowcem, a jej dzieła spaliły na stosie. Z triumfem w głosie oznajmiłyby, że dla kogoś takiego jak ona nie ma miejsca w muzeach. Na szczęście równouprawnienie występuje wybiórczo i tylko wtedy, kiedy dotyczy jednej strony, więc możemy śmiało cieszyć się twórczością Gwen.

Kiedy Rodin zakończył z nią romans, ta wpadła w kolejną emocjonalną skrajność, tym razem w złość i depresję. Emocjonalna dziura, którą po sobie zostawił nigdy nie została zapełniona. John nadal malowała, sprzedawała swoje obrazy Quinnowi oraz pozowała jako modelka, aby utrzymać się w Paryżu. Wszystko to jednak było robione niemal automatycznie, bez większego zaangażowania. Jej przeprowadzka do Meudon była spowodowana nie tyle sytuacją finansową, ale pragnieniem, aby być bliżej Rodina, który mieszkał tam i pracował od wielu lat. Gwen wynajęła mieszkanie zaledwie 20 minut od swojego byłego kochanka, licząc na bardziej lub mniej przypadkowe spotkania. Meudon było wtedy podparyską wioską, nieprzypominającą dzisiejszego, zadbanego miasteczka z widokiem na wieżę Eiffla.
W Meudon dokonało się w Gwen coś, co trudno wytłumaczyć. A mianowicie jej zwrócenie się w stronę katolicyzmowi i całkowite odcięcie się od ludzi. Stało się to z pewnością za przyczyną przeoryszy z lokalnego klasztoru, która odegrała niezmiennie ważną rolę w jej życiu. W swoim pamiętniku malarka zapisała takie słowa: „Nie słuchaj ludzi (więcej niż trzeba). Nie patrz na ludzi. Miej jak najmniej kontaktów z ludźmi. Jeśli musisz wejść w kontakt z ludźmi, mów jak najmniej. Nie patrz na wystawy sklepowe.” Te słowa bardziej pasują do nowicjuszki niż do dziewczyny, która przeszła piechotą drogę z Bordeaux do Toulouse, pozowała nago, miała zarówno hetero jak i homoseksualne kontakty i generalnie robiła, co chciała.

Izolacja Gwen nie uszła uwagi jej brata Augustusa, który próbował wszystkiego, aby namówić ją na wyjazd z Francji. Kiedy wybuchła I wojna światowa, Augustus ponowił swoje próby przekonując, że w Wielkiej Brytanii będzie bezpieczniejsza. W jednym z listów podał nawet godziny odjazdów pociągów, które jeszcze kursowały z Paryża to Boulogne. Pierwszy odjeżdżał o 9h55, a drugi o 22h20 – „Daj znać, co zadecydujesz” – prosił. Gwen z początku chciała wrócić, ale potem zmieniła zdanie, „-zostaję” – pisała w listach do rodziny. 17 listopada 1917 roku umarł Rodin. Gwen zanurzyła się jeszcze bardziej w samotności i religijnych medytacjach, które zaczęły stanowić oś jej codzienności. W swoim dzienniku zapisała: „6h30-7h00 śniadanie i prace domowe, 7h30-8h30 modlitwa.” Rok później wojna się kończy, Gwen ma 42 lata i jej kariera nabiera rozpędu. Przez kolejne lata, aż do śmierci w 1939 roku, jej prace będą wystawiane i sprzedawane zarówno w Europie jak i Stanach, co pozwalało jej na samodzielne życie. W 1926 ma swoją pierwszą i jedyną indywidualną wystawę w New Chenil Galleries w Londynie, na którą, mimo jej chęci, nie udało się jej dotrzeć. Potem przychodzą kolejne. Pozycja Gwen jako artystki stopniowo się umacnia. Nie jest może wybitnie sławna, ale z pewnością jej nazwisko stało się znane wśród kolektorów.

Po śmierci Quinna, jego spadkobierczyni Julia Quinn Anderson, kontynuuje wspieranie artystki. W tym samym czasie John kupuje dom w Meudon, który od razu postanawia ogrodzić wysokim murem symbolizującym już nie tylko duchowe, ale i fizyczne odizolowanie się od świata. Żyje więc w swoim własnym świecie, wypełnionym modlitwą i malarstwem. Nie prowadzi jednak życia eremity, spotyka się ze znajomymi, gości rodzinę, zwłaszcza bratanków, którzy często przyjeżdżają do Francji, i od czasu do czasu jeździ do niedaleko położonego Paryża. Mimo młodego wieku jej zdrowie ulega stopniowemu, ale systematycznemu pogorszeniu. Ma coraz poważniejsze problemy ze wzrokiem i mocnym osłabieniem. Odstawia sztalugi na rzecz akwareli. Kiedy wybucha wojna, Gwen postanawia wrócić do Wielkiej Brytanii. Dokładnie nie wiadomo co ją do tego przekonało. Być może poczucie, że ta wojna będzie okrutniejsza od poprzedniej, a może pragnienie powrotu do domu było w niej już od pewnego czasu, a być może przeczuwała, że jej ziemska droga dobiega końca. 10 września, wezwała lokalnego prawnika Adriena Bachelez i sporządziła testament. Po czym udała się w stronę Dieppe, skąd odpływały jeszcze ostatnie promy pasażerskie do Wielkiej Brytanii. Niestety, nigdy tam nie dotarła. Po przyjeździe do Dieppe, zasłabła na stacji, skąd została zabrana do lokalnego szpitala. Kilka dni później, 18 września zmarła o 8h30 rano, mając 63 lata. Dwudziestego września Jean Jousset, prawnik z Dieppe w swoim liście do Edwina Johna, bratanka Gwen, tak pisał „kilka dni temu, zostałem wezwany do szpitala w Dieppe przez Gwendolen Mary John Pańską ciotkę, która życzyła sobie abym przekazać mi kilka ważnych instrukcji związanych z jej testamentem”. Gwen wszystko zapisała Edwinowi, włącznie z nieruchomością w Meudon, poza bieżącym kontem bankowym w Chase Bank, które zostawiła swojemu starszemu bratu Thorntonowi.

Przez kilkadziesiąt lat miejsce jej pochowku było nieznane. Dopiero w 2014 roku, walijska dziennikarka telewizyjna Llinos Wynne, odkryła, że Gwen została pochowana w zbiorowym grobie na cmentarzu Janval. Do dnia dzisiejszego nie wiadomo dokładnie, gdzie jej grób się znajduje, ale dzięki staraniom Sary John wnuczki brata Gwen, Tinopolis – walijskiej firmy producenckiej, która wyreżyserowała dokument dla stacji S4C, w którym odkryto miejsce spoczynku Gwen John, oraz Sianel Pedwar Cymru — walijskiemu publicznemu kanałowi telewizyjnemu, udało się na ścianie przy wejściu do cmentarza zamieścić tablicę pamiątkową, upamiętniającą życie Gwen.
Widnieją na niej następujące słowa: “Mae pobl fel cysgodion i mi ac fel cysgod ydwyf innau.” (“Ludzie są dla mnie jak cienie, a ja jestem cieniem dla nich”), pochodzące z jednego z listów Gwen. Czytając je, nie sposób nie odczuć nieprawdopodobnego smutku jaki płynie z systematycznego unicestwianiem się, którego dokonywała Gwen przez ostatnie lata w Meudon. Brak jej fizycznego grobu jest dopełnieniem tej tragicznej opowieści o kobiecie, która wbrew sobie samej nie została zapomniana, ani przez ludzi, ani przez historię sztuki.












