Na pierwszy rzut oka nie pasował do bandy pijaków z Colony Room. Uroczy, zawsze świetnie ubrany, w dobrze skrojonych spodniach i najczęściej pod krawatem. Prawie nigdy nie nadużywający alkoholu ani innych używek, którymi żywiło się ówczesne Soho. Uzależniony jedynie od sztuki. Czarujący, ale o szorstkich manierach, które jednych raziły, a innych wręcz przeciwnie – przyciągały. Kobiety lgnęły do niego na oślep. Niczym ćmy do ognia. Nie zważając na ryzyko, że bycie z nim groziło im emocjonalną zagładą. To wszystko to jednak tylko część prawdy o Lucianie Freudzie – jedynym z największych brytyjskich malarzy, choć urodzonym w Berlinie.

Freud, niczym pająk ukryty w kącie, tworzył przez lata na potrzeby nielubianych dziennikarzy i zapatrzonych w niego studentek, kontrolowany mit o sobie samym. Miał przy tym, zawsze tylko jeden cel: posiąść każdego. Całkowicie i bezwzględnie.

Lucian Freud, Nude with Leg Up (Leigh Bowery), 1992. Hirshhorn Museum and Sculpture Garden, Smithsonian Institution, Washington

Swoich modeli rozbierał powoli.

Najpierw zdejmował im majtki, potem dobierał się do ich duszy. Był wyuzdanym intelektualistą, opętanym pragnieniem zdobywania, zarówno cielesnego jak i umysłowego, który po domu chodził w skarpetkach i ślizgał się po linoleum w kuchni. Od wczesnej młodości był zafascynowany ciałem i tym, jak z otaczającym go światem, tworzy jedność. Jak to, co wewnątrz człowieka, odbija się na jego zewnętrznej powłoce. Jak razem, tworzą jedyną w swoim rodzaju opowieść, której nie można skopiować. Był nieodrodnym wnukiem wielkiego Zygmunta Freuda i jego godnym kontynuatorem, choć przez całe życie odcinał się od jednego i drugiego. W każdej rozmowie podkreślał, że nie znosi Niemiec, Niemców i psychoanalizy, którą uważał za intelektualny paraliż. Jedyne co lubił to niemiecką poezję.

Lucian Freud z Głową Zebry, 1943

Do Londynu przyjechał mając 10 lat i został w nim aż do śmierci, prawie nigdy nie opuszczając. Miał na tym punkcie całkowitą obsesję. Jakby bał się, że jeśli tylko wyjedzie to coś się stanie i nie będzie mógł już wrócić. Jego miłość do Londynu można, do pewnego stopnia, porównać z fascynacją Leona Kossoffa, choć on wyrażał ją w zupełnie inny sposób. Freud żył lokalnie i przy tym bardzo zwyczajnie. Rutynowo wręcz. Poza wypadami do Soho, jego życie było obrzydliwie nudne. Wstawał o nieprzyzwoicie wczesnej porze, kiedy to, część z jego znajomych wytaczała się dopiero chwiejnym krokiem z klubów nocnych, jadł śniadanie u Sally Clarke, potem wracał do domu, gdzie pracował aż do lunchu, na który zwykle wybierał się do jednej pobliskich restauracji. Prawie nigdy nie jadał w domu. Po powrocie pracował do późnych godzin nocnych. I tak każdego dnia. Ten sam schemat, powtarzający się o tych samych godzinach.

Na śniadania prawie nigdy nie chodził sam. Towarzyszyły mu osoby, które w danym czasie malował. Był to rodzaj wynagrodzenia im za czas jaki mu poświęcali, podziękowanie za to, że wstrzymali dla niego bieg swojego życia, że odstawili je na boczny tor. Wszystko bowiem musiało być podporządkowane Freudowi.

Przez okres pozowania, co zazwyczaj trwało kilkanaście miesięcy, jego modele nie mieli prywatnego życia. Ich życiem był od tej pory Freud. Stanowili z nim jeden obieg krwi, który napędzał proces tworzenia. Przed ten czas nie mogli zmieniać fryzury, przytyć czy schudnąć. Nie mogli zmienić koloru włosów. Musieli zastygnąć w czasie. Takie pozowanie było dla wielu osób, wykańczające. Emocjonalnie i fizycznie. Freud malował bardzo wolno. Nie spieszył się. Robił przerwy, potem wracał i znowu robił przerwy. Jeden portret malował rok. Osoba, która godziła się na tak długi kontakt z Freudem, godziła się jednocześnie na tymczasową utratę własnego „ja”. Godziła się, aby żyć jego, a nie swoim rytmem. Rozmawiać na tematy, które jego interesowały. Żyć i myśleć tak jak on. To on wyznaczał terminy. Mówił o której godzinie zaczyna pracę – zwykle o szóstej lub siódmej rano, bo tylko o świcie Freud był gotowy mierzyć się ze światem.

Lucian Freud z nagą modelką w swoim studio w Londynie

Na śniadania chodził do, mieszczącej się naprzeciw jego domu restauracji Clarke’s. Zwykle jadał croissanta, którego popijał kawą.  Rozkoszowanie się „Full English Breakfast” zostawiał skacowanemu o tej porze Baconowi. Wychodząc ze śniadania przechodził przez delikatesy, w których kupował batoniki. Chował je potem po kieszeniach tak, aby zawsze mieć je pod ręką. Miał okropną słabość do słodyczy.

To jedna z tych rzeczy, która czyniła go jeszcze bardziej uroczym.
Freud malował w studio, które mieściło się na pierwszym piętrze w jego mieszkaniu. Od modeli wymagał niezwykłej determinacji i wytrzymałości fizycznej, niezbędnej do wytrzymania w jednej pozie przez kilka godzin. Bardzo często w jego pracowni było chłodno, gdyż zgodnie z brytyjskim zwyczajem nie włączał bojlera zbyt często. W południe robił przerwę na lunch, na który zapraszał do pobliskich restauracji. Ale i to miało swoją emocjonalną cenę. Model nigdy nie był sam. Nie miał, jak uciec od Luciana. Freud był jak drapieżnik, który raz złapawszy ofiarę nie wypuszcza jej ze swoich szponów, dopóki się nią nie nasyci. Bawi się nią emocjonalnie i fizycznie, czerpiąc z tego niepohamowaną radość. Freud uwielbiał rozmawiać ze swoimi modelami. Dlatego też, nie każdego chciał malować. Jeśli wyczuł, że nie będzie miał z nią, lub nim, intelektualnego porozumienia – odmawiał. Pieniądze ani prestiż nie miały dla niego większego znaczenia. Pewnie dlatego, że nigdy nie cierpiał na ich brak, choć wieloletnie uzależnienie od hazardu pozbawiło go £4 milionów funtów. Miał też gest. Kiedy jego przyjaciel, artysta i muza – Leigh Bowery wpadł w kłopoty finansowe za uprawianie seksu w publicznej toalecie, Lucian bez wahania wyjął z portfela £400 i wyciągnął go z aresztu.

Freud był pierwszy, który z aktów uczynił portrety. Pokazał, że obcowania z nagością, zarówno swoją jak i drugiego człowieka trzeba się uczyć. Że jest to droga, którą każdy powinien przejść. Z początku malował tylko kobiety. I to te, które kochał i pożądał. Potem zaczął malować również te, które go intrygowały lub te, które go potrzebowały: – Większość kobiet, która mi pozuje, nosi w sobie pewnego rodzaju dziurę, która może być zapełniona, tylko poprzez akt pozowania artyście – mówił. Potem zaczął malować mężczyzn. Pierwszym z nich był Raymond Jones i jego szczur. Obydwoje uwiecznieni na obrazie „A Man With a Rat”. Szczur podczas wielomiesięcznego malowania był przeważnie pijany. Każdego dnia Freud podawał mu w misce dla psa, Veuve Clicquot z wkruszonymi do niego środkami nasennymi. W stanie całkowitego odurzenia i oderwania od otaczającej go szarej rzeczywistości, szczur spoczywał potem na udzie Raymonda, śniąc o kolorowych tunelach pełnych jedzenia. Unieruchomienie szczura na wiele godzin, nie tylko pozwoliło Jonesowi na ochronę swoich klejnotów, ale także Freudowi na spokojne malowanie mężczyzny z gryzoniem w pozycji, którą sobie wymyślił. Gdy tylko szczur się przebudzał, dostawał natychmiast kolejną porcję alkoholu. Raymond nie mógł zrozumieć, dlaczego muszą narkotyzować szczura. Czy Freud nie może namalować jego samego, a potem domalować gryzonia? – Gdyby nie było go na tobie, gdyby jego ogon nie spoczywał w twojej pachwinie, twoje ciało pracowałoby inaczej. I wtedy nie byłoby prawdy o tobie na moim obrazie – odpowiedział Freud i zakończył dyskusję, zanim się ona na dobre zaczęła.

Raymond Jones, urodzony w Manchesterze i mówiący z silnie północnym akcentem, był zapatrzony w Luciana jak dziecko w watę cukrową. Podziwiał jego prace od kiedy skończył 11 lat. Pierwszy obraz Freuda jaki udało się mu nabyć za £1000, to portret największej miłości Bacona – George’a Dyera. Luciana, też coś pociągało w Raymondzie. Dlatego chętnie wprowadził go na salony Soho, zapoznał z Auerbachem, Michaelem Andrews i jego ówczesną dziewczyną Jane Willoughby. Pozowanie dla Freuda, wspominał jednak jako wykańczający go koszmar.

Byłem dla niego tylko mięsem na kanapie. Pewnego dnia Lucian spojrzał na niego znad sztalug i powiedział – Gdybyś był kobietą już dawno bym cię przeleciał.

Dalsze losy Raymonda nie są do końca znane. Wiadomo tylko tyle, że wyjechał do Indii. W 2012 wystawił obraz Man With a Rat na aukcję w Christie’s.  Obraz ten, obok kilkunastu innych portretów można było zobaczyć na niedawno zakończonej wystawie LUCIAN FREUD: REAL LIVES w Tate Liverpool. Wystawie, która koncentrowała się na osobach, które odegrały w życiu malarza kluczową rolę i które, bardzo często, Freud emocjonalnie połamał.

Lucian malował kilka portretów jednocześnie, choć nie w tym samym momencie Zdarzało się jednak, że gdy, jeden model kończył pozować, drugi wchodził i czekał w oddzielnym pokoju na swoją kolej. Zdarzało się też, że niespodziewanie pojawiała się w drzwiach znana tylko Lucianowi kobieta, która kierowała się bezpośrednio do łazienki. Freud zostawiał wtedy modela samego, udawał się do wspomnianej łazienki na szybki seks, po czym zrelaksowany wracał do pracy. Lucian, gdy tylko czuł narastające zmęczenie, które mogłoby mieć wpływ na jakość pracy, pozwalał sobie na przerwy. Brał wtedy kąpiel. Był uzależniony od leżenia w wannie. Potrafił trzy razy dziennie napełniać ją wodą i zanurzać się w niej po szyję.

Lucian Freud, Girl with a White Dog, 1950-1951

Freud był znany ze swojej słabości do kobiet. Nikt nie wie dokładnie, ile miał kochanek, wiadomo natomiast, że doczekał się dwanaściorga nieślubnych dzieci. Uwielbiał kobiety, które tak jak on były dominujące i inteligentne. Jego pierwszą wielką miłością była Lorna Wishart z domu Garman. Piękna, bogata, inteligentna, wyuzdana, ciągle szukająca czegoś co nowego. W oczach Luciana była chodzącym ideałem. Lorna uwielbiała szokować, zwłaszcza swoim frywolnym stylem życia i niezliczonymi romansami. Jako jedna z trzech słynnych sióstr Garman, które na równi z Grupą Bloomsbury oraz Bright Young Things rządziły ówczesnym Londynem, mogła mieć każdego kogo chciała. I w pewnym momencie chciała Freuda. Nie przeszkadzało jej nawet to, że kiedy poznała jedenaście lat młodszego od siebie Luciana, była już wtedy mężatką. Ich romans, co prawda nie trwał długo, ale był niezwykle intensywny. W tym czasie Freud wynajmował mieszkanie przy Delamere Terrace w Paddington, którego to okna wychodziły wprost na Regent’s Canal.  I to był właściwie jedyny atut tego raczej ponurego i zimnego lokum. Lorna nocowała u niego w tygodniu, na weekendy natomiast wracała do męża i dziecka, które miała, z jeszcze innego związku. Jej syn spał też nieraz na podłodze u Luciana, kiedy nie miał się nim kto zajmować. Freud nie mógł oderwać od Lorny wzroku. W 1945 namalował aż dwa jej portrety: Woman With a Tulip oraz Woman With a Daffodil, co jak na niego było niezwykłym wyczynem. Widzimy w tych pierwszych portretach malarza, który dopiero poszukuje swojej drogi. Krytycy sztuki w tych pierwszych, dość prymitywnych pracach doszukują się wpływu niemieckiego malarza i fotografa związanego z ruchem Dada – Christaina Schada. Nie wiemy jak Lorna zareagowała na te wizerunki. Nie wiemy, czy zobaczyła w nich siebie, widzianą oczami kochanka. Wiemy tylko tyle, że jej romans z Lucianem wkrótce zakończył się tak jak się zaczął – zdradą. Pani Wishart znalazła sobie nowego adoratora. Ale zanim to się stało podarowała Freudowi wypchany łeb zebry, który to zapewne znalazła gdzieś na pchlim targu w Camden Town. Lucianowi zwierz bardzo się spodobał i to na tyle, że stał się on bohaterem dwóch jego obrazów.

Po rozstaniu z Lorną, Lucian bardzo szybko się pocieszył. I to nie byle jakich ramionach, ale Kathleen Garman, siostrzenicy Lorny i nieślubnej córki rzeźbiarza J. Epsteina. Kitty, jak każda poprzednia i przyszła muza/żona /kochanka, pojawiła się na kilku obrazach. Pierwszym z nich był Girl With a Fig Leaf, a ostatnim Girl With a White Dog, na którym widzimy, jak dużą metamorfozę przeszła od pierwszego obrazu , do którego pozowała mając zaledwie 21 lat. Pomiędzy nimi były też Girl in a Dark Jacket, Girl with a Kitten oraz Girl with Roses.  Kitty stała się także pierwszą żoną Luciana, z którą miał dwie córki – Annabel i Annie, która to pozowała dla niego nago, budząc tym samym wiele kontrowersji. Sam Lucian musiał wielokrotnie zmierzać się z pytaniami, czy jest rzeczą moralnie uzasadnioną malować akty swoich dzieci, zwłaszcza nastoletnich córek. Jego relacje z własnymi dziećmi były raczej oziębłe. Nie uczestniczył w ich życiu i niewiele ogólnie się nimi interesował. A jeśli już, to tylko wtedy, kiedy decydował się je sportretować. Nie wszystkie jednak jego dzieci podzielały to pragnienie. Większość z nich nie miała ochoty obnażać się przed ojcem, którego nie znały. Małżeństwo z Kathleen rozpadło się po 4 latach. Rok po rozwodzie, Lucian poślubił w Paryżu Lady Caroline Blackwood, co było nie tyle wydarzeniem społecznym, ale wręcz obyczajowym skandalem. Małżeństwo zakończyło się po 6 latach.

Freud miał dziwne maniery. A właściwie to wcale ich nie miał. W przeciwieństwie do Bacona, który znany był ze swojego szarmanckiego sposobu bycia, elokwentnego wysławiania się (pod warunkiem, że nie był wtedy pijany) i wysublimowanego akcentu zdradzającego jego dobre pochodzenie, Freud wychodził na gbura. Dzwonił do ludzi o nieprzyzwoitych porach jak 2 czy 6 rano, bo akurat wtedy był spragniony interlokutora. Nie przyszło mu do głowy, że osoba po drugiej stronie kabla może nie podzielać tego pragnienia.  Kiedy kończył rozmowę przez telefon, odkładał słuchawkę nie mówiąc „do widzenia”, co przeciętnego Brytyjczyka przyprawia o zawał serca, gdyż jak powszechnie wiadomo pożegnanie powinno trwać dłużej niż sama rozmowa. Przy tym wszystkim, obsesyjnie chronił swojej prywatności. Nie był takim ekshibicjonistą jak Francis, który chętnie opowiadał o sobie i swoich pracach zarówno kolegom w barze jak i dziennikarzom, dzięki czemu tyle o nim wiemy. Lucian natomiast był chorobliwie skryty. Numer telefonu potrafił zmieniać 4 razy w roku. Nawet jego dzieci nie miały do niego numeru, włącznie z Annie, która pozowała mu przez wiele miesięcy. Z bliskimi sobie ludźmi miał bardzo skomplikowane lub żadne relacje. Swoich braci nie cierpiał. Z matką, po której imię nosił, odbudował relacje dopiero pod koniec jej życia, kiedy to po śmierci męża próbowała popełnić samobójstwo. Po nieudanej próbie odebrania sobie życia już nigdy nie powróciła do pełni sił. Stała się wrakiem człowieka i cieniem samej siebie. Tygodniami leżała w łóżku. Wtedy zaczął przychodzić do niej Lucian. Ale nie po to, by z nią rozmawiać, ale aby ją malować. Tak powstała seria, niezwykle dramatycznych portretów osoby, która nie chce już żyć. Wielu zarzucało Lucianowi, że wykorzystuje chorobę matki do własnych celów. Podobnie było z jego wieloletnią przyjaźnią z Francisem Baconem, która nagle się skończyła i do końca nie wiadomo co między nimi zaszło. Po 15 latach milczenia, Lucian zadzwonił do Bacona i zaprosił go na swoją wystawę. Ten odmówił mówiąc, dlaczego miałbym pójść, skoro Lucian nie odzywał się do niego tyle lat. Baconowi było przykro, bo chciał iść, ale nie po to aby, jako słynny Francis Bacon nadać wernisażowi rangę, ale jako przyjaciel. Freudowi bardziej chyba zależało na tym pierwszym.

Lucian Freud, 1958, Londyn

Mimo że Lucian malował zawsze na stojąco, to nigdy nie spoglądał w oczy swoim modelom. Zawsze odwracał wzrok. Wiedział, że tylko wtedy, kiedy nie będzie patrzeć, zobaczy prawdę. Zobaczy drugiego człowieka takim jakim jest, kiedy nikt na niego nie patrzy. W swoich obrazach chciał uchwycić ten ulotny moment, kiedy człowiek jest sam ze sobą. Zamknięty w swoim świecie, do którego nikt nie ma wstępu. Freud głęboko wierzył, że ludzkie ciało jest najdoskonalszym obiektem do studiowania. Był analitykiem zainteresowanym każdym detalem, każdym fragmentem, który stanowił dla niego odrębną historię wartą opowiedzenia. Dlatego malował wolno. Precyzyjnie. Malował od góry do dołu. Zanim przyłożył pędzel do płótna, długo studiował osobę, która przed nim stała. Czasem prowokował ją poprzez rozmowę, czasem poprzez pozycje, w którą ją układał. Chciał za każdym razem wydobyć z drugiego człowieka to, czego on sam nie był do końca świadom. Do malowania podchodził bardzo emocjonalnie. Był perfekcjonistą. Kiedy był zadowolony z ruchu pędzla, milczał. Ale kiedy, tylko coś poszło nie tak, krzyczał, rzucał się na sztalugi i dźgał się pędzlami w udo, aż do momentu, kiedy zobaczył krew. Wtedy przestawał. Było w nim mnóstwo kiczowatego melodramatu. Freud rozumiał, że nagość nie zawsze znaczy otwartość. Dlatego też, ukrywał tożsamość wielu swoich modeli. Na obrazach pojawiali się, nie tylko pozbawieni ubrań, ale i imion. Penny Guthberston to Naked Girl, Celia Paul, którą namalował wraz z sobą samym na podwójnym portrecie, to dziewczyna z Painter and Model. (Dla Celi zresztą pozowanie było istną udręką. Płakałam cały czas – wspominała po latach), Kitty Garman to Girl with a Kitten, a za Naked Child Laughing, kryje się jego córka Annie Freud.

Lucian Freud, Benefits Supervisor Sleeping, 1995.

W malarstwie Freuda, to co urzeka i sprawia, że nie można wobec jego portretów przejść obojętnie, to fakt, że są one czymś więcej niż tylko wizerunkami mniej lub bardziej znanych ludzi. Są one bowiem przede wszystkim zapisem intymnej relacji, która narodziła się między malarzem, a modelem podczas wielomiesięcznego przebywania razem, na bardzo małej powierzchni. Kiedy osoby, które Freud zgodził się malować przekraczały próg jego domu przy Kensington Church, był on dla nich jedynie obcym człowiekiem. Kiedy z niego wychodziły, był on im bliższy niż oni sami sobie. Kiedy malował, Freud nie idealizował ludzi, choć zmieniał ich rysy twarzy. Jego kobiety często miały mocne, wyraźnie zaznaczone kształty. Niejednokrotnie nadawał im bardziej męski wygląd niż miały go w rzeczywistości. Robił to celowo. Chciał przez to podkreślić ich odwagę i siłę wynikającą z ich charakteru. Chciał namalować coś, czegoś nie da się wprost namalować. Można to tylko dostrzec w osobach, które się zna. Bo Freud jak nikt inny znał osoby, które mu pozowały.

TATE LIVERPOOL, Lucian Freud: Real Lives, 24 lipca 2021 – 16 stycznia 2022

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj