Lucian Freud miał obsesję na punkcie ludzkiego ciała, które nie kryło przed nim żadnych tajemnic. Ale wiedział też, prawdopodobnie dzięki obcowaniu z Zygmuntem, że bez poplątanej ludzkiej psychiki, właśnie ciało, niczym nie różniłoby się od mebla. 

Mija 100 lat od jego narodzin. Czy można zatem powiedzieć coś nowego o tym brytyjskim artyście, który szokował swoją bezpośredniością, sposobem postrzegania nagości, brutalizmem i obnażaniem brzydoty? Wydaje się, że powiedziano o nim wszystko. Napisano książki, nakręcono filmy. Stał się łatwo rozpoznawalny. Anegdoty z nim związane stały się powszechne. A mimo to, wciąż zaskakuje, budzi niepokój. 

fot. David Dawson, Lucian Freud w swojej pracowni, 2005 LUCIAN FREUD ARCHIVE/BRIDGEMAN IMAGES

Na pierwszy rzut oka nie pasował do bandy pijaków z Colony Room. Uroczy, zawsze świetnie ubrany w dobrze skrojonych spodniach i najczęściej pod krawatem. Prawie nigdy nie nadużywający alkoholu ani innych używek, którymi żywiło się ówczesne Soho. Uzależniony jedynie od sztuki. Czarujący, ale o szorstkich manierach, które jednych raziły, a innych wręcz przeciwnie – przyciągały. Kobiety lgnęły do niego na oślep. Niczym ćmy do ognia. Nie zważając na ryzyko, że bycie z nim groziło im emocjonalną zagładą. To wszystko jest jednak częścią prawdy o Lucianie Freudzie – jedynym z największych brytyjskich malarzy, choć urodzonym w Berlinie.

Kim zatem był Lucian Freud? Brytyjski malarz, który jako młody chłopak oczarował poetę malarskiej palety Johna Pipera, który wspomniał gdzieś, że jest najbardziej „inteligentnym materiałem” na artystę.

Lucian Freud, ok. 1960, fot. John Deakin

Aby to zrozumieć, należy nie tylko ślęczeć nad jego obfitą biografią, patrzeć bez końca na jego obrazy. Trzeba też odgadywać jego psychikę. Czy raczej próbować, bo przestrzeń intelektualna po której się poruszał jest nieskończenie ogromna. Można się w niej łatwo pogubić, albowiem Freud, podobnie jak Francis Bacon, mieszał w swoim życiu treści obrazów z sobą samym.

od Freuda do Freuda…

Z dzieciństwa przeważnie niewiele się pamięta. Czasem to, co przytaczamy jako własną relację, jest tak naprawdę wspomnieniem bliskich nam osób. Jest pewnego rodzaju mieszanką ich opowieści z naszymi mglistymi historiami, które przetrwały gdzieś w zakamarkach naszego umysłu. Trudno jest czasem rozróżnić co jest pamięcią, a co wspomnieniem. 

Dziadek, czyli Zygmunt Freud wierzył, że stłumione emocje oraz traumatyczne wspomnienia, zwłaszcza te pochodzące z naszego dzieciństwa, determinują całe późniejsze życie. Naznaczają nas niczym tatuaż, którego trudno się pozbyć. 

Uwolnienie ich poprzez rozmowę stało się życiową misją, zarówno jego samego, jak i jego wnuka, malarza – Luciana Freuda. Artysta, w odróżnieniu od psychoanalityka, robił to w swojej pracowni podczas pracy z modelami. Malował ich dosłownie – podobnie jak dziadek – poprzez rozmowę, tworząc prawdziwy ich portret. 

Stephen, Sigmund, Lucian, Private Collection; Collection Bourgeron; Muzeum Zygmunta Freuda, repr 2022

Nigdy nie malował ich z pamięci, aby – jak twierdził- nie ulec tyranii zdeformowanych wspomnień. Podczas malowania rozmawiał z tymi, którzy stali przed nim nago. Pozbawieni ubrań, obnażeni, ale nadal w emocjonalnych zbrojach chroniących ich prywatność. Pozbycie się tych zbroi następowało powoli. Czasem musiało minąć kilka tygodni, czy nawet miesięcy, aby zaczęły pojawiać się szczeliny. 

Lucian chciał od modeli czegoś więcej niż tylko ich fizycznej nagości. Pragnął, niczym saper, doszczętnie ich rozbroić. Zobaczyć ich w pierwotnej i niczym niezbrukanej postaci. Miał wizję, aby poprzez swoje malarstwo, niejako na nowo ich zrodzić. Dać im, w pewien sposób, możliwość ponownego przeżycia niewinnego stanu dzieciństwa, w którym nagość jest naturalna, a zaufanie do drugiej osoby, bezgraniczne. Gdzie psychiczne traumy są uleczone, a ciało w pełni zaakceptowane. 

Lucian miał obsesję na punkcie ludzkiego ciała, które nie kryło przed nim żadnych tajemnic. Ale wiedział też, prawdopodobnie dzięki obcowaniu z Zygmuntem, że bez poplątanej ludzkiej psychiki, ciało niczym nie różniłoby się od mebla. 

Dzieciństwo, jak twierdził Największy Freud ma fundamentalne znaczenie dla całego dalszego życia. To właśnie wtedy kształtuje się emocjonalny kręgosłup, który będzie trzymał całe ludzkie życie w pionie, albo też ciągnął je do ziemi. Tego okresu nie można przeżyć dwa razy. Jest bowiem jak prawdziwa miłość – zdarza się tylko raz w życiu. Można jednak uporządkować wspomnienia o nim. Nauczyć się żyć w zgodzie, z tym co było. Uwolnić demony przeszłości, które niszczą tylko wtedy, gdy są trzymane na emocjonalnym łańcuchu. Uwolnić je można, jak twierdził Freud, właśnie poprzez rozmowę. Freud poświęcił tej teorii całe swoje zawodowe życie. Z domu uczynił gabinet i wszystko podporządkował udowadnianiu, że ma rację. Musiał przy tym, mieć w sobie coś więcej niż tylko siłę perswazji profesora, skoro kobiety ochoczo kładły się na jego słynnej kanapie i opowiadały mu intymne szczegóły ze swojego życia. 

Lucian Freud w odróżnieniu od dziadka, wpierw zdejmował z modeli majtki, a potem dopiero dobierał się do ich duszy. Zamiast klasycznej psychoanalizy uprawiał artystyczny ekshibicjonizm. Tyle tylko, że nie swój, a modeli. To oni, zawsze byli w centrum jego uwagi. Bez nich bowiem i bez ich poplątanej psyche, jego obrazy niczym by się nie wyróżniały. Byłyby tylko pustym zapisem, nic nieznaczących scen rodzajowych.

Lucian Freud, Benefits Supervisor Sleeping, 1995.

 Lucian Freud – malarz, który z aktów uczynił portrety, urodził się 8 grudnia 1922 roku w Berlinie, w dobrze sytuowanej żydowskiej rodzinie o znaczącym nazwisku. W 1933 roku, rodzina Freudów, a ściślej rodzice Luciana, przeprowadzili się do Wielkiej Brytanii (Sigmund Freud przybył do Londynu nieco później, bo w 1938). Była to jedyna droga, aby uciec przez Nazizmem. Sześć lat później, dzięki staraniom wysoko postawionych przyjaciół, Lucian Freud uzyskał brytyjskie obywatelstwo. Stało się to, trochę symbolicznie, w dzień po wypowiedzeniu wojny Niemcom, 4 września 1939 roku. 

Początkowo był zafascynowany surrealizmem, ale z biegiem lat 50-tych, swoją uwagę zwrócił ku realizmowi, któremu pozostał wierny do końca życia. Freud był jednym z artystów należących do tzw. London School, w skład której wchodzili, znający się ze sobą malarze, tworzący w stylu figuratywnym, mniej więcej w tym samym czasie, w Londynie. Grupa stanęła w kontrze do bijącej rekordy popularności lirycznej abstrakcji. Oprócz Luciana do London School należeli tacy giganci jak: R.B.Kitaj, Francis Bacon, Frank Auerbach, Michael Andrews, Leon Kossoff, Robert Colquhoun, czy Robert MacBryde. Pierwsze prace Luciana Freuda były bardzo małe i mocno zainspirowane, zarówno niemieckim ekspresjonizmem jak i wspomnianym surrealizmem. Od lat 50. artysta podąża już w kierunku nagich portretów, malując zarówno kobiety jak i mężczyzn. 

Lucian Freud, Naked Man with Rat, Art Gallery of Western Australia, 1977-78

Dla Freuda granica między sztuką, a życiem prawie nie istniała. Malował życie, takim jakie było. Na jego obrazach pojawiali się ludzie, których znał i miejsca, w których bywał. Były też jego rośliny, zwierzęta oraz książki, które czytał. Była też, przede wszystkim jego rodzina. Malarstwo Luciana było na wskroś autobiograficzne, mimo że skupione na innych osobach. Artysta zawsze siebie widział w relacji do innych. Nie był samotnym meteorytem spadającym z niedostępnego nieba. Malowanie rodziny było też dla niego swoistą terapią, którą rozpoczynał monologiem, a następnie kończył czułym dialogiem z tymi, których na swój sposób kochał. 

Wśród jego modeli byli jego rodzice, żony, kochanki oraz jego dzieci. Malował ich zarówno osobno jak i razem. 

Swoje córki sportretował nago wywołując tym samym falę oburzenia. Ku zaskoczeniu wielu, Freud lubił malować dzieci. Być może widział w nich łatwo przekupnych modeli, którzy po zjedzeniu paczki Häagen-Dazs wpadną w insulinowy trans i nie będą na nic narzekać. 

Kiedy urodził się jego wnuk Albie, Freud przyszedł do szpitala, aby jego zobaczyć. Tylko na niego spojrzał, od razu zadecydował, że go namaluje. – „On od pierwszej minuty wiedział, czy chce kogoś malować czy nie” – wspominała córka Esther. Freud zaczął go portretować, gdy Albie skończył 10 dni. Jego córka, która dopiero przeszła cesarskie cięcie, nie była tym pomysłem zachwycona. Dodatkowo Albie odmawiał pozostania w nieruchomej pozycji, choćby na kilka minut. Jedyną szansą na to, aby go w końcu jakoś unieruchomić było karmienie go. I w ten sposób, zamiast portretu niemowlaka powstał obraz przedstawiający Esther karmiącą Albiego. Ten z pozoru prosty obraz karmionego dziecka zajął Freudowi aż pięć miesięcy. Kiedy ukończył, Albie w niczym nie przypominał noworodka przyniesionego ze szpitala. 

Albie pozujący dziadkowi, (Lucian Freud; Albie Morrissey); fot. David Dawson

Lucian Freud, już jako dziecko nie miał łatwego charakteru, co właściwie, nigdy nie uległo większej ewolucji. W szkole był pierwszy do bójek. W domu ciągle walczył z braćmi: Stephenem i Clementem, swoją ciotkę uważał za straszną osobę, a do własnej matki nie odzywał się latami, traktując to jako antidotum po jej nadopiekuńczych atakach. Pojednał się z nią, dopiero po śmierci ojca. Ernest Freud odchodził powoli, umierając przez trzy lata pod czułą opieką swojej żony. Kiedy odszedł, zabrał część Lucie ze sobą, która po jego utracie nie potrafiła sama żyć.  Dwa dni po jego pogrzebie wzięła garść leków, napisała krótki list, że idzie dołączyć do Ernesta. Próba samobójcza jednak się nie powiodła. Lucie trafiła do szpitala, gdzie uleczono jej ciało, ale nie duszę.  Po powrocie do domu, Lucian odwiedzał ją prawie codziennie. Każdego dnia był świadkiem jej pogarszającej się depresji.  Freud postanowił ją namalować. Taką, jaką wtedy była. Pogrążoną w rozpaczy. Leżącą całymi dniami w ubraniu na łóżku. Z półprzymkniętym oczami, w których pragnienie życia dawno zgasło. Ten portret jest zapisem osoby planującej swoje samobójstwo. Jest świadectwem kruchości życia oraz wielkiej miłości dwojga ludzi, którzy nie potrafią żyć bez siebie. Wielu oskarżało artystę, że wykorzystał on własną matkę do swoich celów. Że obnażył ją bez jej zgody, gdyż będąc stanie załamania nerwowego, nie była zdolna podjąć świadomej decyzji. Malarz niewiele robił sobie z takich uwag. Jego matka Lucie była najczęściej portretowaną przez niego osobą. Ostatni raz namalował ją w 1989 roku, tuż przed jej śmiercią.  

Jedyną osobą, z którą miał wyjątkowo dobre relacje, był jego dziadek. Nie jest w tym nic dziwnego. Większość dzieci ma lepsze kontakty z dziadkami niż z własnymi rodzicami. Kiedy Lucian krytycznie odnosił się do swojej rodziny, zawsze podkreślał, że nie dotyczy to Sigmunda: „ – mój dziadek był niezwykle ciepły i ekstrawagancki. Zawsze w dobrym nastroju.” – mówił.  Jednocześnie podkreślał, że nie interesował się nigdy jego pracami. Zupełnie jak jego ojciec Ernest. 

Self-Portrait (Reflection), 2002,

Lucian przeczytał zaledwie kilka ze słynnych prac Freuda, które doprowadziły go do stwierdzenia, że zbytnie analizowanie może przyprawić zdrowe osoby o paraliż emocjonalny.  Mówił tak, być może z przekory, albo rzeczywiście wierzył, że może całkowicie uciec od piętna psychoanalizy. Przez większość swojego życia Lucian był bowiem oskarżony o odcinanie kuponów od tego, że jest wnukiem słynnego Sigmunda Freuda. W Paryżu Jean Cocteau nazywał go „Le Petit Freud”, doprowadzając tym samym Luciana do szału. 

Lucian Freud często podkreślał w wywiadach, że sam nie jest psychoanalitykiem. Przynajmniej świadomym. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że w jego pracowni stała kozetka, na której modele emocjonalnie się rozbierali? To, co Lucian z nimi robił, podczas długich miesięcy malowania było jednak czymś więcej niż tylko tworzeniem nagich portretów. Było wchodzeniem w ich duszę. Próbą wyzwolenia ich samych z pragnień, o których nie mieli pojęcia. Uporządkowaniem ich życia, według nowych zasad. W takim podejściu pomagała mu jeszcze jedna jego zdolność. Freud był doskonałym obserwatorem. Gdyby nie był malarzem, pewnie zostałby reporterem. Kimś na miarę Orwella, który widział więcej niż inni, który dociekał do bólu, do samego dna, słuchając każdego z taką uwagą i skupieniem, jakby od tego zależało jego życie. 

Lucian był taki sam. Zainteresowany drugą osobą. Jej życiem, jej emocjami. Jej małą historią, która w jego oczach zawsze była wielka. Mimo pewnego wycofania nie był introwertykiem kochającym swój własny świat. On uwielbiał świat, który dział się na jego oczach. A zwłaszcza świat osób mu bliskich, chociaż relacje z tymi, których kochał zawsze były pełne napięcia. Świadkiem tego są jego nieudane związki z kobietami, małżeństwa kończące się rozwodami i kilkanaścioro nieślubnych dzieci, z których większość nie miała nawet jego numeru telefonu. Zakończona porażką, długoletnia przyjaźń z Francisem Baconem, wieńczy tą niechlubną listę. O swoim bracie Stephenie mówił, że jest tak beznadziejnie zwyczajny, że graniczy to wręcz z ekscentryzmem.  Portret „The Painter’s Brother Stephen” jest jedynym portretem rodzeństwa jaki popełnił. 

od Lucie do Luciana…

Lucian był jednak przede wszystkim „synkiem mamusi”. Odziedziczył po niej, nie tylko imię, ale także zdolność czytania ludzi, a zwłaszcza ich emocji. Lucie, widziała w nim tylko dobre rzeczy. Przymykała oko na wybryki syna, usprawiedliwiając jego artystyczną naturą. Niczego zresztą bardziej nie pragnęła niż tego, aby Lucian został malarzem. W pewnym momencie chciała tego bardziej niż on sam. Nałożyła na młodego Freuda tak wielką presję, że doprowadziła go do momentu, w którym chciał, raz na zawsze porzucić rysowanie. Jej nadopiekuńcza miłość zaczęła go w pewnym momencie dusić. Reakcja Luciana mogła być tylko jedna – złość. Przez wiele lat nie chciał znać matki. Unikał każdego spotkania. W jakimś sensie wykreślił ją ze swojego życia. Ale takie emocjonalne skreślenia, zwłaszcza jeśli dotyczą bliskich osób, nie trwają długo. 

Relacje z ojcem były równie napięte. W odróżnieniu od Lucie, Ernest nie chciał, aby jego syn został artystą. Sam był architektem, który prywatnie uwielbiał mieć wszystko i wszystkich pod kontrolą. Sigmund twierdził, że tych dwoje nigdy nie nawiąże poprawnych relacji, gdyż zbyt wiele ich łączy. Obydwaj interesowali się sztuką i mieli tendencje do kontrolowania innych. Robili to jednak na różne sposoby. 

Ernest, krytykował bardzo często rysunki młodego Freuda. Cały czas podwyższając mu poprzeczkę mówiąc, że mógłby się bardziej postarać i zrobić to lepiej. Lucian identyczny. Nie tylko w stosunku do siebie samego i swoich prac, których był surowym krytykiem, ale także w stosunku do swoich dzieci. Przychodził, na przykład, na przesłuchania teatralne swojej córki Annie, a następnie podczas kolacji z nią, krytykował jej aktorskie próby. Na swój sposób starał się wspierać, co nie przeszkadzało mu zachowywać się jak Ernest. To, co go jednak w znaczny sposób różniło od ojca, to fakt, że zachęcał on swoje dzieci do bycia indywidualnościami, a nie do kopiowania nikogo. 

fot. Clifford Coffin dla „Vogue”

Lucian, od wczesnego dzieciństwa miał za nic społeczne reguły i konwenanse, co zaprowadziło go do ubogich dzielnic Londynu, w których nie tylko mieszkał, ale próbował zaprzyjaźnić się z ludźmi poniżej własnego statusu. W połowie lat 40- tych zamieszkał przy Delamere Terrace, która była wtedy zapyziałą ulicą, biegnącą w samym sercu przesiąkniętego biedą Paddington. Wkrótce po przeprowadzce, mieszkanie Luciana zostało okradzione. Dokonali tego nastoletni złodzieje należący do lokalnego gangu. Freud był tym faktem zachwycony. W końcu, po raz pierwszy miał kontakt, nie tylko z prawdziwą klasą robotniczą, ale i z przestępczym światem. Do tej pory, tego typu ludzie byli poza jego zasięgiem.

Ubogich znał z kartek powieści, od których nigdy nie stronił. Jego biblioteka była zawsze pokaźna. Zamiłowanie do czytania wyniósł z domu, w którym literaturę zawsze stawiano na piedestale. W Paddington, Lucian po raz pierwszy poczuł, że jego społeczny gorset ulega rozluźnieniu. Całkowicie go zrzucił, jednak dopiero za parę lat, kiedy został uwiedziony przez zadymione puby zepsutego moralnie Soho.  Freud miał dziwne maniery. A właściwie to wcale ich nie miał. W przeciwieństwie do Bacona, który znany był ze swojego szarmanckiego sposobu bycia, elokwentnego wysławiania się (pod warunkiem, że nie był wtedy pijany) i wysublimowanego akcentu zdradzającego jego dobre pochodzenie, Freud wychodził na gbura. Dzwonił do ludzi o nieprzyzwoitych porach jak 2 czy 6 rano, bo akurat wtedy był spragniony interlokutora. Nie przyszło mu do głowy, że osoba po drugiej stronie kabla może nie podzielać tego pragnienia. Kiedy kończył rozmowę przez telefon, odkładał słuchawkę nie mówiąc „do widzenia”, co przeciętnego Brytyjczyka przyprawia o zawał serca, gdyż jak powszechnie wiadomo pożegnanie powinno trwać dłużej niż sama rozmowa. Przy tym wszystkim, obsesyjnie chronił swojej prywatności. Nie był takim ekshibicjonistą jak Francis, który chętnie opowiadał o sobie i swoich pracach zarówno kolegom w barze jak i dziennikarzom, dzięki czemu, tyle o nim wiemy. Lucian natomiast był chorobliwie skryty. Numer telefonu potrafił zmieniać 4 razy w roku. Nawet jego dzieci nie miały do niego numeru, włącznie z Annie, która pozowała mu przez wiele miesięcy. Z bliskimi sobie ludźmi miał bardzo skomplikowane lub żadne relacje.

fot. Peter Macdiarmid

Lucian Freud malował jednak nie tylko portrety i akty. Zwierzęta, ryby i ptaki były także tematami, które przewijały się przez całą jego twórczość. Jako młody artysta rysował jastrzębie, psy (często swoje własne), martwe nietoperze, małpy, myszy, koty oraz szczury upojone wcześniej szampanem wymieszanym ze środkami nasennymi, jak miało to miejsce w przypadku powstania słynnego portretu Raymonda Jonesa „Nagi Mężczyzna ze Szczurem” (1977). Ze wszystkich jednak zwierząt najbardziej kochał konie. Jego dziadkowie ze strony marki hodowali je w swojej posiadłości pod Berlinem. Lucian uwielbiał na nich jeździć. Jego wspomnienia z tamtego okresu są niczym konie z erotycznego snu: pełne energii i pożądania. Kiedy wraz z rodzeństwem został wysłany do szkoły z internatem Dartington Hall w Devon, Lucian zgłosił się do pracy na farmie. W listach do matki z tamtego okresu pisał, że na farmie jest codziennie rano, aby oporządzić swoje ulubione konie. Miał również pozwolenie, aby spać w stajni, z czego ochoczo korzystał. Doświadczenie spania w stajni miał też jego późniejszy przyjaciel z Soho – Francis Bacon. Z tą tylko różnicą, że ten drugi uczył się tam, nie tyle jeżdżenia konno, lecz odkrywania szorstkiej miłości ze stajennym.  

Mając piętnaście lat Lucian Freud wykonał rzeźbę trzynożnego konia. Jest to jedyna zachowana praca z tamtego okresu. Lucian, brak czwartej nogi tłumaczył na różne sposoby. Jedną z wersji było to, że pozbawił on konia nogi, gdyż ten wyglądał zbyt perfekcyjnie. Według innej, zrobił to, aby zdenerwować rodziców, którym ta rzeźba bardzo się spodobała. Ponieważ te dwie wersje różnią się znacznie między sobą, oznacza to, że obie mogą być prawdziwe lub też, żadna z nich. Jego listy do rodziców z tamtego okresu bardzo często, oprócz tekstu, zawierają rysunki. Nie ma w tym, niczego nadzwyczajnego. Są to zwykłe obrazki chłopca, dla którego słowo pisane, to za mało, aby opisać jego świat. 

Lucian jeździł konno nieprzerwanie, aż do późnej starości. Ku przerażeniu swojego przyjaciela Andrew Parker Bowlesa, miał awersję do noszenia toczka i był uzależniony od galopu. Umiłowanie do ryzyka nie opuściło go nigdy. Było silniejsze od niego. W 2002 mając prawie 80 lat zaczął pracować jako wolontariusz w Wormwood Scrubs Pony Centre prowadzonym przez zakonnicę s.Mary Joy Langton, która wspominała jego jako dżentelmena, stającego zawsze po stronie niegrzecznych koni. 

fot.FlynetPictures.com

Lucian malował też kwiaty. Zwłaszcza te, które hodował w domu w doniczkach. John Cracton, który swojego czasu dzielił z Freudem pracownię tłumaczył, że to zamiłowanie do roślin domowych jest u Freuda wynikiem jego niemieckich korzeni. Ojciec Luciana również dzielił tą samą pasję. Głównie hodował drzewka cytrusowe, które w ówczesnym czasie znajdowały się w każdym mieszkaniu, żydowskiego uchodźcy z Niemiec. 

Na polu ogrodniczym, Lucian odnosił też spore sukcesy. W mikroskopijnym mieszkaniu udało mu się wyhodować gigantyczną roślinę o nazwie Sparrmannia, która szybko zmieniła klitkę Freuda w afrykańską dżunglę. Roślina pojawiła się oczywiście, także w jego pracach. Poza nią, Lucian malował również klasyczne juki, które niektóre osoby będą stawiać przy telewizorze wierząc, że łagodzą one, szkodliwe promieniowanie odbiornika.

Freud lubił rośliny i ogrody, tak samo jak ludzi w stanie naturalnym. Bez upiększania czy korekt chirurgicznych. Malowane przez niego nagie portrety ukazują ciała dalekie od wyidealizowanych kanonów piękna. Tak samo było z jego ogrodem, który był zaniedbany i zarośnięty niczym włosy pod pachami zbuntowanych feministek.  Efektem takiego podejścia do ogrodnictwa była samoistnie wysiana Budleja, która w pewnym momencie zaczęła sięgać pierwszego piętra, stając się niemal natychmiast idealnym dla Freuda modelem. Freud nigdy nie ciął roślin, gdyż takie zabiegi według niego zniszczyłyby ich naturalną indywidualność, którą Lucian cenił ponad wszystko inne. Dla niego, każdy człowiek, od urodzenia do śmierci jest tworem doskonałym, który potrzebuje jedynie odpowiednich warunków, aby osiągnąć pełnię wynikającą z jego odrębności.

Lucian Freud, w stulecie urodzin, New Perspectives, Lucian Freud, The National Gallery, Londyn, 2022

Poprzedni artykułYves Klein – intymnie
Następny artykułMunch, portret intymny

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj