Kate Van Houten – amerykańska artystka mieszkająca we Francji od lat 60-tych, umawia się z nami na spotkanie w jednej z paryskich kawiarni. Mimo swojej niewielkiej postury, bije z niej nieprawdopodobna wręcz energia, która bardzo szybko wypełnia cały lokal. Siadamy przy jednym ze stolików przy oknie, zamawiamy kawę i zaczynamy rozmowę o sztuce, poezji i rzeźbie. Po godzinie, nasza rozmowa znajduje swoją kontynuację w mieszkaniu Kate, które mieści się tuż za rogiem.

Kate Van Houten urodziła się w New Jersey w 1940 roku, w rodzinie o duńskich korzeniach. Po studiach w Stanach i stypendium w Mediolanie, przyjechała do Paryża, gdzie dołączyła do rewolucyjnego Atelier 17,założonego przez Stanleya Williama Haytera, którego wpływ na modernizm i sztuki graficzne jest nie do przecenienia. To właśnie tutaj van Houten doszkalała swój drukarski warsztat, a także eksperymentowała z innymi technikami. Atelier było wówczas ważnym ośrodkiem wymiany intelektualnej i artystycznej dla przebywających w Paryżu artystów. Większość z nich pochodziła ze Stanów i Francji, ale byli wśród nich także Japończycy, Włosi, Anglicy oraz Szwajcarzy. Dla Kate, okres spędzony w atelier był niezwykle formatywny i zadecydował o jej dalszym życiu we Francji.

Kate Van Houten świadomie wybrała Paryż, zostawiając za sobą Nowy Jork, który w tamtym czasie był miejscem eksplozji sztuki feministycznej. Aby się utrzymać we Francji, chwytała się wszystkich możliwych prac. Udzielała prywatnych lekcji rysunku, szyła na zamówienie, projektowała dekoracje teatralne.
– Przez cały czas czułam się zarówno rzeźbiarką jak i malarką. Te dwie techniki dojrzewały we mnie równocześnie – odpowiada mi, kiedy pytam ją o jej odejście od malarstwa abstrakcyjnego i zwrócenie się w stronę rzeźby. Kate pracuje z kamieniem, a zwłaszcza z tym, który w naturalny sposób opiera się jej ruchowi. Który nie jest łatwym interlokutorem, ale wymagającym przeciwnikiem. „Walka” między artystą, a materią jest nierozerwalnym elementem twórczego procesu. To z niej rodzi się dzieło lub porażka. Każda rzeźba jest zapisem boju jaki został w niej i z nią stoczony. Być może właśnie dlatego Barbara Hepworth tak często podkreślała, że poznanie rzeźby w odróżnieniu od malarstwa nie dokonuje się za pomocą wzroku, ale dotyku. Dotyk odkrywa kluczową rolę w obcowaniu z rzeźbami.

Artystka świadomie wybiera wymagający materiał, odrzucając jednocześnie taki, który bez trudu przyjmuje narzuconą mu formę. „Łatwe” kamienie są dla niej swoistego rodzaju rozczarowaniem. Zwycięstwo bowiem, które zbyt szybko przychodzi zawsze pociąga za sobą gorycz.
Pierwszym kamieniem, z którym pracowała był krzemień, który nie dał się jej, tak łatwo oswoić. Wymagał od niej cierpliwości i pokory. To trudne doświadczenie starcia z materią, która niejako „ma własne zdanie”, było dla Kate jedną z najważniejszych lekcji. Szybko doceniła jego strukturę, kolor oraz rolę jaką pełnił w historii architektury. Pomału między nią, a kamieniem rodziła się głęboka i intymna relacja, która trwa do dnia dzisiejszego.

Był czas, kiedy w poszukiwaniu odpowiedniego materiału jeździła do Gotland, znanego z największych kamieniołomów w Skandynawii. Kamień pochodzący ze Szwecji ma wyjątkowo strukturę, dzięki której bardzo łatwo wchodzi w dialog ze światłem, zwłaszcza z promieniami słonecznymi, które optycznie zmieniają jego barwę.
Kate Van Houten pracuje przeważnie z małymi formatami, z kamieniami które z łatwością można zmieścić w dłoni. Przez większość osób, materiał, który artystka wykorzystuje do swoich rzeźb, byłyby pominięty, niezauważony lub zlekceważony jako niewarty uwagi. Jej wrażliwość na małe z pozoru, nic nie znaczące rzeczy, takie jak zeschnięte liście, kamienie, zniszczone elementy ceramiki, znajdują następnie swoją reinterpretację w rzeźbach i mikro instalacjach.
W latach 90. założyła prywatne wydawnictwo zapoczątkowując tym samym nowy rozdział w swojej karierze. – Od zawsze byłam blisko literatury i poezji. Chciałam wydawać książki unikatowe, które byłyby dziełami sztuki. Mając wcześniej doświadczenie w pracy z litografiami, wiedziałam w jaki sposób chciałabym pracować. Pytanie jednak nie było i nie jest, jak robić książki, ale jak je dalej dystrybuować. Jak znaleźć klienta na nie. To jest najtrudniejsza część – mówi.

Na początku każdej książki jest tekst. To od niego wszystko się zaczyna. Cała graficzna oprawa przychodzi potem. Kate wykorzystuje zarówno swoje własne wiersze jak i teksty innych autorów, które następnie oprawia, niczym obraz, w ramy przybierające postać książki. Do ich produkcji wykorzystuje różnego rodzaju materiały. Papier, płótno, drewno i tworzywa sztuczne. Patrząc na nie stajemy w obliczu dwóch wielkich form przekazu, jakimi jest literatura i sztuka. Obie łączy jedno: ich odbiorcą jest intelektualista. Jeśli tak się nie dzieje, to oznacza, że mamy do czynienia nie ze sztuką, ale z kiczem, który z samej definicji jest kierowana do mas. Dlatego też książki Kate są wydawane, jak litografie, w limitowanym nakładzie. Dokładnie tyle, ile jest osób potrafiących je czytać.

W pracach Kate Van Houten, czy są to rzeźby, malarstwo czy książki, możemy zobaczyć pewnego rodzaju kontynuację wynikająca z jej fascynacji linią. Jest ona wszak formą doskonałą, prowadzącą do określonego miejsca, bez jednoznacznego wskazywania na nie. Jest niedopowiedzeniem przy jednoczesnym odpowiedzeniu na wszelkie niewiadome. Jest obrazem nieskończoności, zmienności i ruchu zamkniętego w prostej formie graficznej.
– Ta książka została zainspirowana powodzią jaka miała miejsce, kiedy Sekwana wylała, mówi podając mi drewniane, długie pudełko, z którego powoli wyciąga, jak z tuby, zwoje papieru. Boki pudełka są przezroczyste, co po włożeniu do niego wspinanego zwoju daje wrażenie falującej na wietrze rzeki. Każda fala jest echem pionowej linii mającej swoją reinkarnacje w naturze. Widzimy ją w drzewach, ziemi, liściach, chmurach. Jest świadectwem wieczności natury, która odradza się z tą samą stanowczością z jaką umiera.

Pracownia artystki sprowadza się do jednego pokoju zlokalizowanego na końcu jej mieszkania, które dzieli ze swoim mężem, Takesadą Matsutanim, ostatnim z żyjących członków legendarnego ruchu GUTAI. Widzieliśmy się z nim w zeszłym roku, podczas wywiadu, którego udzielił dla wSztuce. Dzisiaj witam się z nim tylko krótko i wracam do rozmowy z Kate.
Na środku pracowni znajduje się stół, który zabiera prawie całą przestrzeń. Kate prowadzi mnie jednak nie do niego, ale prosto do okna, przy którym znajduje się jedna z jej ostatnich prac – kamienna rzeźba w formie łódki zawieszona na przezroczystych linkach i umieszczona w szklanym akwarium. Łódka wykonuje mikro ruchy magnetyzując przy tym moje spojrzenie. Jest w niej jakaś wyjątkowa doskonałość, wobec której nie potrafię przejść obojętnie. Ten ruch na uwięzi nie pozwalający podążyć łodzi w wybranym przez nią kierunku nabiera podwójnego znaczenia. Jest ruchem i nie-ruchem jednocześnie. Umieszczenie go w szklanej klatce, która poprzez swoją transparentność jest jeszcze bardziej wykluczająca niż ceglany mur, przypomina nam o wszystkich niezrealizowanych podróżach. O zmianach, które nie mogły zajść. Łodzie od zawsze były symbolem ludzkiej wędrówki ku lepszej rzeczywistości, są nierozerwalnie związane z procesem emigracji, udawaniem się w nieznane. Najbardziej bolesna emigracja nie jest jednak motywowana aspektem ekonomicznym, lecz intelektualnym. Jest ucieczką umysłu, który nie może pozostać w środowisku, które nie jest na niego gotowe. Tego typu emigracja stała się udziałem wielkich artystów i pisarzy, którzy niczym Gombrowicz skazali siebie na ekonomiczne wygnanie w imię intelektualnej wolności.

Łódka, mimo pozornego ruchu, nigdzie nie płynie. Jej ruch jest ruchem wewnętrznym, powodującym zmiany jedynie w jej wewnętrznej niewidzialnej strukturze. Na zewnątrz jej ruch pozostaje bezruchem. Jest porównywalny z obecnością osób, które odeszły. Chiharu Shiota nadała tej pustce wyjątkowe znaczenie, poprzez instalacje kierujące nasz wzrok, na tych, którzy odeszli. Łódka van Houten jest podobnym głosem, aczkolwiek jej przekaz poprzez ograniczenie zewnętrznego ruchu łódki, zdaje się być jeszcze bardziej dramatycznym przesłaniem. Nie ma bowiem nic trudniejszego do zaakceptowania niż przyglądanie się światu poprzez szybę zobojętnienia.
Kate Van Houten rzeźbi wyłącznie za pomocą młotka i dłuta. Szlifuje ręcznie z uwagi na małe formaty i detale, które wymagają precyzyjnego ruchu: – to jest proces, który wyjątkowo lubię. Lubię jego monotonię, powtarzalność, która w jakiś przedziwny sposób relaksuje mnie. Zaczynasz od twardego papieru i stopniowo przechodzisz do miękkiego. – mówi, podając mi małą, kamienną rzeźbę do ręki.

Jej prace są proste, minimalistyczne, a ich siła ukryta jest w braku i puste której nie można zapełnić. Jej twórczość jest hołdem złożonym naturze i jej zdolności do tworzenia form doskonałych. Większość jej rzeźb jest zaproszeniem widza do wejścia w medytację, do zejścia głęboko, aż do sedna istnienia danego elementu. To zaproszenie mogą przyjąć jedynie ci, którzy gotowi są na podróż do jądra samotności.
Na koniec naszego spotkania, kiedy się żegnamy, słońce powoli schodzi z nieba, zatrzymując się tuż nad dachami Paryża. Z okna jej mieszkania rozlega się widok na skąpane w pomarańczowym świetle miasto – Zobacz jakie piękne światło! I te doskonałe horyzontalne linie – mówi Kate, ściskając mnie na pożegnanie.
Paryż, marzec 2025












